Etgar Keret: Jeśli jest Bóg, to nazywa się empatia [ROZMOWA]

ŁUKASZ GRZYMISŁAWSKI 19-08-2016

Przeraża mnie, jak mało czasu i energii poświęcamy na przemyśliwanie ideowej i społecznej infrastruktury, w której żyjemy. Tymczasem właśnie ktoś doprowadza ją do dekadencji i konwulsji. I znów dopiero z gorzkich popiołów powstanie coś kolejnego. Na poziomie związków działamy tak samo - mówi izraelski pisarz Etgar Keret.

PIĄTY LITERACKI SOPOT pod znakiem nowej literatury z Izraela
Festiwal zaczął się w czwartek i potrwa do niedzieli. Gośćmi będą m.in. Etgar Keret, jego żona, nagrodzona w Cannes reżyserka i poetka Shira Geffen, autorka komiksów Rutu Modan, Dror A. Mishani, autor kryminałów o inspektorze Avrahamie, pisząca o Izraelu Polka Ela Sidi i Dorit Rabinyan (o jej wydanej właśnie powieści piszemy tutaj). Ale też plejada pisarzy i reportażystów polskich (m.in. Eustachy Rylski, Katarzyna Bonda, Andrzej Bart, Justyna Kopińska, Michał Książek, Weronika Murek).

Dla fanów Kereta powstała też inicjatywa #AskKeret, dzięki której będzie można zadawać pisarzowi pytania. Będą spotkania z kilkorgiem pisarzy nominowanych do tegorocznej Nike oraz kilka debat, m.in. o Edith Stein, Simone Weil oraz Hannah Arendt, którym przyszło żyć i tworzyć w czasach rodzących się nacjonalizmów, o nowych sposobach promocji czytelnictwa w sieci z blogerami i literaturoznawcami, o emigracji ’68 m.in. z Piotrem Osęką, Michałem Sobelmanem i Maciejem Zarembą Bielawskim.

Plus spektakl „Z Królestwa Wszechwanny” Hanocha Levina na scenie Teatru Wybrzeże oraz koncert zespołu Sound Island, którego liderem jest Mikołaj Trzaska, a jego członkami – przedstawiciele izraelskiej sceny free impro. Warsztaty kulinarne poprowadzi Nor Atamaa-Ismaeel – zwyciężczyni izraelskiej edycji „MasterChef”. Więcej o programie przeczytasz tutaj .

ETGAR KERET

W kategorii krótkiej formy literackiej gra we własnej lidze. Trudno znaleźć mu konkurencję pośród czynnych dziś na świecie pisarzy, od poetyki noblistki Alice Munro dzielą go przecież lata świetlne. I mocno uzależnia, znam ludzi, którzy biegną do księgarni pierwszego dnia po publikacji każdego kolejnego tomu (na razie mamy ich po polsku osiem, właśnie wznawianych przez W.A.B., plus parę książek dla dzieci).

Wybrał gatunek, który z równym powodzeniem uprawiali nieliczni: Carver, Buzzati, Vian, Vonnegut, by wymienić kilku najbliżej z nim spokrewnionych. Jego opowiadania mają wiele nut – groteskową, liryczną, tragiczną, surrealistyczną, melancholijną, ironiczną, złośliwą. Pisze o ludziach, biorąc ich do ręki i patrząc przez nich pod światło. Ich tajemnice, frustracje i kompleksy odsłania delikatnie, szanując niuanse, współczuje im. Z tym że żadnej ckliwości. Za dużo tu przełamań, za mało rutyny, mimo że, zdawałoby się, pisze według pewnych schematów. Po pierwsze, faceci, którzy nie rozumieją, dlaczego kobiety puszczają ich kantem. Po drugie, żołnierze, którzy nawyk przemocy przenoszą do cywila. Po trzecie, ludzkie odruchy, które trafiają się najbardziej odpychającym typom.

Czy to, że pisze o izraelu, ma znaczenie? Niektóre jego opowiadania mogłyby się dziać wszędzie, ale wiele tylko tam. – Izraelczykom zajęło kilkadziesiąt lat, by wyzwolić się z kompleksu mistrzostwa w cierpieniu – mówi. – Permanentna ofiara nie potrafi współczuć, mówisz jej, że coś cię boli, a ona: Ciebie boli? Co ty wiesz o bólu?

Odkąd ponad 20 lat temu Izraelczycy z jego pokolenia i młodsi, przeczytawszy jego debiut, krzyknęli: „Mamy swojego pisarza!”, Keret wytrwale uprawia także ostrą publicystykę o polityce Izraela i bliskowschodnim konflikcie. W opowiadaniach na bezpośrednie komentarze się nie porywa, ale kilka z nich figuruje na listach lektur przedmaturalnych – tak dobrze metaforyzują stosunki w kraju.

Cztery lata temu, kiedy przyjeżdżał do Warszawy, by zamieszkać na chwilę w specjalnie przygotowanym domu („w proporcjach mojego opowiadania: najmniejszym, jaki może być”), „domu Kereta” wciśniętym przez architekta Jakuba Szczęsnego między budynki przy Chłodnej, blisko miejsca, w którym stał most łączący dwie części getta (na zdjęciu poniżej), pisał: „Moja matka urodziła się w Warszawie w 1934 r. Kiedy zaczęła się wojna, razem z rodziną poszła do getta. Straciła wszystkich. Potem wyjechała, ale moje powodzenie w kraju, w którym się urodziła, było dla niej nawet ważniejsze od sukcesu w Izraelu. Pamiętam, że po przeczytaniu pierwszego tomu w polskim przekładzie powiedziała: – Przecież ty jesteś polskim pisarzem, tylko na wygnaniu”.

W ten weekend będzie gościem festiwalu Literacki Sopot. – Dokładnie w moje urodziny, więc Keretów będzie tam więcej, zabieram ze sobą żonę, syna i matkę – zapowiada. (lu)

ROZMOWA Z ETGAREM KERETEM, izraelskim pisarzem, gościem Literackiego Sopotu
Łukasz Grzymisławski: Gdyby życie było dobrze napisanym opowiadaniem, to kto byłby jego autorem?

Etgar Keret: Jestem agnostykiem w tym sensie, że jeśli nawet dopuszczam możliwość istnienia jakiejś siły wyższej, to przecież pozostaje ona poza naszym poznaniem, a skoro tak, to wszelkie religijne systemy tego świata wydają się pozbawione większego sensu. Ale w najmniejszym stopniu nie potępiam nikogo, kto odnajduje w religii pokrzepienie, po prostu te wszystkie hierarchie, doktryny – to nie dla mnie.

Mam przyjaciela, który jest sceptykiem, ale takim radykalnym, z silną potrzebą nawracania na swój pogląd, Richard Dawkins to przy nim gołąbek pokoju. I co rusz mnie nawraca. A łatwiej zrozumieć, że ktoś, kto wierzy w Boga, halal albo reinkarnację, chce mnie przekonać, niż gdy robi to ateista. Bo zapał wiernego wynika z pragnienia zbawienia mojej duszy, co doceniam, a zapiekłość ateisty – raczej z przekonania o własnej wyższości nad otumanionymi masami. Jest w tym trochę pychy.

Trudno jest dziś człowiekowi z takim światopoglądem w skręcającym na prawo Izraelu?

– Namnożyło się u nas teraz mesjanistów, jest mnóstwo świątyń, które chcą burzyć i w trzy dni odbudować.

Laicka większość nagle stała się mniejszością i choć ona zawsze dbała o prawa wszelkich mniejszości, teraz nie ma komu zadbać o jej prawa.

Znika przestrzeń do rozmowy, nawet do kłótni, ludzie zamykają się w swoich plemionach, które – jak wierzą – wiedzą najlepiej. Język wręcz traci swoją podstawową funkcję. Co gorsza, poglądy, które jeszcze kilka lat temu nawet jeśli wyznawano, to skrycie i z pewnym zażenowaniem, dziś należą do mainstreamu, nikt nie krępuje się głosić głupoty, trwa jej intensywna emancypacja.

Dla mnie brzmi to znajomo, niestety.

– Lubimy myśleć, że demokracja to jest najlepszy możliwy system, ale może wcale nie? Sądzę, że jak dotąd jeszcze nie został poddany prawdziwej próbie bojowej. Moja ortodoksyjna siostra mówiła mi ostatnio: „Jestem za teokracją, ale mam co do niej wątpliwości, natomiast wy, liberałowie, uważacie swoje przekonania za aksjomat. Nie ma w was zdolności do spojrzenia na siebie z dystansu. A przecież większość ludzi to głupcy, więc władza większości to ryzyko władzy głupców”.

I coś w tym jest – wybory wygrywają ci, którzy przekonają, że mają serce i wystarczająco duże jaja – ale to wciąż za wątłe kompetencje, żeby dobrze rządzić. Ludzie, którzy zadowalają jak największą liczbę wyborców, z definicji nie nadają się na liderów.

Jest coś lepszego niż demokracja?

– A może lottokracja? Władza losowana, zmieniana co rok? To zresztą także antyczny koncept. Niedorzeczny?

OK, załóżmy, że żyjemy w bloku, w którym trzeba wybrać kierownika wspólnoty mieszkaniowej. Uważałbym na pierwszego, który sam zgłosi się do tej roboty

Bo taki zazwyczaj ma ukryty motyw, np. chce zabudować sobie taras albo uprzykrzyć życie znienawidzonej sąsiadce, słowem – to nie dobro wspólne jest jego priorytetem. Tymczasem szef wyłoniony przez losowanie?

Każda władza z czasem korumpuje.

– Właśnie dlatego kadencja trwałaby tylko rok.

Zostawmy lottokrację, tu chodzi o filozofię rządzenia. Mój brat często wraca przy tej okazji do tematu legalizacji narkotyków. Jest za, nawet heroiny. Nie dlatego, że nie uważa jej za szkodliwą, przeciwnie – ona niszczy i biorącego, i wszystkich wokół niego. Ale jak ludzie stają się heroinistami? Dilerzy stopniowo uwodzą, najpierw udostępniają po kosztach, szybko człowiek sam zaczyna ich szukać. A gdyby tak złamać ten model biznesowy? Gdyby każdy uzależniony mógł dostać dawkę u lekarza, stopniowo zmniejszaną, potem zamienniki, wreszcie odwyk? Chodzi o to, że najskuteczniejsze rozwiązania to często nie są te, które wybiera się intuicyjnie.

Weźmy blokadę Gazy. Kiedy ją wprowadzano, miała być narzędziem nacisku na Hamas. Ale trwając przez lata, zaczęła być Hamasowi niezwykle na rękę. Bo w mieście zablokowanym jedyna droga dla towarów to tunele. A zbudowanie takiego tunelu jest czasochłonne i kosztowne i nie da się tego zrobić bez wiedzy i udziału Hamasu. Dziś więc Hamas kontroluje przemyt absolutnie wszystkiego. Dzięki blokadzie, bo wcześniej dróg do ogarnięcia było zbyt wiele. Ale żaden polityk w Izraelu nie zdejmie blokady, bo zostałby mięczakiem roku i byłby skończony. To zresztą kolejny dowód na to, że polityka w XXI w. to sposób na dobre samopoczucie polityków, ale nie obszar rozwiązywania problemów. Poza tym zastanówmy się, czy prawicowemu rządowi łatwiej o reelekcję, gdy Hamas jest słaby, czy raczej silny?

W Izraelu funkcjonuje wielopiętrowy system zależności, który nie pozwala na działania w dalekosiężnie rozumianym interesie głosujących. Ale to nie dotyczy wyłącznie Izraela czy polityki

To działa na poziomie egzystencjalnym – przeraża mnie, jak mało czasu i energii poświęcamy na przemyśliwanie ideowej i społecznej infrastruktury, w której żyjemy. Tymczasem mechanizm jest taki sam od zarania dziejów: ustala się jakaś struktura, jakiś czas działa, bo na bieżąco wprowadza się modyfikacje, ale w końcu zawsze pojawiają się sabotażyści, którzy ją hakują pod swoje potrzeby i doprowadzają do dekadencji i konwulsji. I dopiero z jej popiołów powstaje coś kolejnego.

Na poziomie związków działamy tak samo – tracimy czas na małostkowe negocjacje w błahych sprawach, a nie starcza go nam na zadanie sobie pytania, czy i dlaczego chcę być akurat z tym człowiekiem.

Przecież można by zwariować, zadając sobie co wieczór zestaw zasadniczych pytań o życie. Żyjemy rutynowo, ale to zbawienne w świecie tak wielu wyborów.

– Codzienny reality check typu: czy chcę nadal żyć w Tel Awiwie, pić mleko, nie głosować na prawicę? Czemu nie? Ale jasne, zwykle jesteśmy szalenie konserwatywni, zostajemy przy sprawdzonych rozwiązaniach. Z ewolucyjnego punkt

u widzenia to miało kiedyś sens – tak było bezpieczniej. Dziś każdy powinien być awangardą zmiany, inaczej nikt nie będzie bezpieczny. Tymczasem zwycięża pokusa, żeby raczej okopać się w domku na przedmieściach.

Pamiętam widok pewnego gościa, który trzymał w ręku kubek z kawą, a pod tą ręką – gazetę. I za każdym razem, gdy brał łyk kawy, ta gazeta mu upadała. Ten widok doprowadził mnie niemal do płaczu i gdybym był mniej nieśmiały, to zaproponowałbym, że potrzymam tę gazetę, aż wypije.

Obraz tego człowieka to metafora wielu aspektów życia mojego i mojego kraju.

 

Pan chce ambitnie przełamywać ten ogólny marazm?

– Nie nazwałbym siebie ambitnym, raczej upartym. Moja żona patrzy na mnie z politowaniem, kiedy zaczynam mówić do płaczącego niemowlęcia albo szczekającego psa, a robię tak zawsze, jak jest taka okazja, bo uważam, że jeśli się kogoś przekona o swojej dlań uwadze, to on nie musi mnie nawet rozumieć, żeby się nieco uspokoić.

 

To dlatego jest pan tak płodnym publicystą politycznym?

– Nie wychodzę z pyszałkowatego założenia, że jak wielokrotnie napiszę, że nie warto strzelać ludziom w głowy, to miłośnicy siłowych rozwiązań wyrzucą broń do rzeki. Nie lubię też pouczać. Ale to pisanie to jest coś kompulsywnego.

Lata temu brałem udział w robieniu filmu w Indiach. Skręciłem tam kostkę, a dotrzeć do niektórych miejsc na planie można było tylko pieszo. Producent, Hindus, przyprowadził tragarza i mówi, że będzie mnie nosił. „Nie ma mowy, przecież ten facet ma z 60 lat i jest dwa razy lżejszy ode mnie”. „O co ci chodzi, to jego praca, rodzina się ucieszy, jak przyniesie do domu nasze stawki”. Więc wdrapałem się na te drobne plecy, ale po pięciu krokach powiedziałem, że jednak nie dam rady. Chodziłem o kulach, spowalniałem sprawy, wszyscy byli wkurzeni, tragarz nie zarobił, to nie była decyzja dobra dla nikogo – tylko dla mnie, bo nie zrobiłem czegoś wbrew sobie. Otóż niepisanie tych wszystkich polemik też byłoby czymś wbrew sobie.

Kiedy ostatnio ktoś mnie pytał w wywiadzie o politykę, powiedziałem, że najbardziej brakuje mi w Izraelu okazji do prowadzenia normalnej kłótni na argumenty. Nie jest już tak, że mogę z kimś dyskutować, a na końcu jest cień szansy, że obaj zrewidujemy choć delikatnie swoje poglądy. Rzeczywistość stała się plemienna.

>> Rozmowa z Keretem o tym, jak powstają najlepsze opowiadania świata : w „Książkach. Magazynie do Czytania”. Numer 21. w sprzedaży

Tuż przed ostatnimi wyborami pewien taksówkarz, który mnie wiózł, wyznał, że głosuje na Netanjahu. Postanowiłem wybadać dlaczego. Czy to kwestia bezpieczeństwa jest dla pana decydująca? Bo Netanjahu go nie gwarantuje. Może relacje z Iranem? Ale Netanjahu niewiele wskórał z Iranem. Może chciałby pan nieaszkenazyjskiego premiera dla odmiany? Ale on jest aszkenazyjczykiem. I wtedy taksówkarz odwraca się i mówi: „Gdyby Netanjahu wkradł się nocą do mojego domu i zgwałcił moją córkę, to i tak bym na niego zagłosował”.

Nie wiem, czy w ogóle miał córkę, i nie sądzę, żeby chciał być pojmowany dosłownie, za to na pewno chciał mi tym zdaniem dać do zrozumienia, iż tracę czas, nie zmuszę go do dalszego myślenia nad swoim wyborem.

Opowiedziałem o tym w jakimś wywiadzie. Rozmowa nie dotyczyła polityki, ale w leadzie wycytowali zdanie taksówkarza, wyrwane z kontekstu jego efektownego retorycznego chwytu. I posypał się hejt w necie: ten Keret uważa się za lepszego, protekcjonalny palant, niechże mu wreszcie ktoś zgwałci syna itd. Przytaczam ten przykład, żeby uzmysłowić, na jakim poziomie odbywa się dziś debata publiczna.

Może jeden taksówkarz to za mało, żeby wyciągać daleko idące wnioski.

– No to opowiem o innym, który ostatnio podjechał po mnie na dworzec. „Dokąd? Tel Awiw?! To dlaczego przez radio zamawiali kurs za miasto?”. „Może przez pomyłkę, ja tylko kilka przecznic stąd”. Jak nie zacznie kląć na czym świat stoi: „Nie wierzę, co za jeb... dzień, czekam kurew... pół godziny, żeby pojechać na jeb... pięciominutowy kurs, na kurew... zasraną uliczkę za rogiem”. Itd.

Jednak wsiadam i mówię: „Skoro już jedziemy, zgodziłby się pan na mały eksperyment?”. „Pracujesz w branży high-tech?”. „Nie, dlaczego?”. „Eksperyment to słowo, którego tam się używa, nie?”. „Też, ale każdy może sobie przeprowadzać eksperymenty, to całkiem proste”. „To przeprowadzaj”. „Wyobraźmy sobie, że wsiadam do tego samochodu i mówię: Kur.., znowu jeb... skoda, znowu ten pierdo... zasmrodzony rupieć, dlaczego to nigdy nie może być bmw”. „Kurs za 20 szekli i jeszcze chciałbyś bmw?”. „Nie chcę bmw, tylko przeprowadzam myślowy eksperyment...”. „Więc jednak pracujesz w high-tech?”. „Nie, po prostu gdy wsiadłem, przekląłeś i ten kurs, i moją ulicę i kazałeś mi myśleć o sobie jako o przyczynie swego nieszczęścia...”. „Wcale nie”. „Przecież słyszałem”. „Ale ja nie mówiłem do ciebie, tylko do siebie”. „Ale głośno”. „To robisz w tym high-tech czy nie?”. I otworzył na oścież okno, o którego zamknięcie poprosiłem go wcześniej.

Daremność wysiłków, by nawiązać sensowny kontakt z przypadkowym człowiekiem na ulicy, znaleźć skuteczny środek wyrazu dla siebie – to mnie frustruje coraz bardziej

Ale może byłoby mi lepiej, gdybym odpuścił to grubiaństwo i nie męczył tego gościa? Przecież on nawet nie wiedział, czego od niego chcę...

Jest tak, jakbym tracił dykcję. Kiedyś miałem pewność, że ludzie rozumieją, co mam na myśli, dziś coraz rzadziej. Teraz np. pytają, dlaczego rozgłaszam, że Bibi Netanjahu zgwałcił córkę kierowcy, to przecież jakaś przegięta lewacka prowokacja. „Ależ nic takiego nie powiedziałem”. „I popatrz, znowu kłamiesz”. I tak to jest...

To zjawisko nie dotyczy tylko Izraela. Język traci swoją funkcję wszędzie tam, gdzie społeczeństwa rozbijają się na wrogie sobie obozy. Hermetyczne, odporne na argumenty, używające tych samych słów w całkiem innych znaczeniach. Pielęgnują swoją rację i bronią jej przed wszystkim, co mogłoby ją nadwątlić. Polska, Anglia, USA, Izrael. Świat zamienia się w przedszkole?

– W lunapark z filmów grozy.

W marcu patrol na Zachodnim Brzegu został zaatakowany przez dwóch uzbrojonych w noże Palestyńczyków. Jednego z nich, rannego i nieprzytomnego, po pewnym czasie pośród odjeżdżających już karetek strzałem w głowę dobił żołnierz, który wcale nie należał do tego patrolu. Nikt wokół nie zareagował. Ale ktoś to nagrał na telefonie i zaczęła się afera. Żołnierza oddano pod sąd (choć nie aresztowano), ale szybko pojawili się politycy, którzy chcieli mieć z nim zdjęcie. Gdy się okazało, że to sympatyk ultraprawicowych bojówek klubu piłkarskiego, który nie pozwala u siebie grać Arabom, a premier i minister obrony potępili morderstwo, znalazło się paru innych, np. minister edukacji Naftali Bennett, którzy nazwali ich mięczakami („Kto dał im prawo, żeby decydować, co jest dobre, a co złe?”), a o czynie żołnierza mówili, że każdy porządny Izraelczyk zrobiłby to samo. I Netanjahu zmienił zdanie, ogłosił, że żołnierz będzie sądzony, ale nie za morderstwo. Publicznie spotkał się z jego ojcem, zapewniając, że proces będzie sprawiedliwy. Odbyły się demonstracje poparcia dla „bohatera” i jego ojca pod hasłem „Twój syn jest synem nas wszystkich”. To silny szantaż emocjonalny, wymusza empatię.

>> Dlaczego w Izraelu jest tyle start-upów - reportaż Pawła Smoleńskiego

W tym samym czasie lider opozycji oznajmił, że problem lewicy polega na tym, że ludzie myślą, iż ona bardziej kocha Arabów niż Żydów. W domyśle: jak możemy wygrać wybory, skoro troszczymy się głównie o innych.

Empatia w Izraelu idzie dziś w inną stronę. Ku takim postaciom jak np. gen. Ze’evi. Bohater frontowy, założyciel małej ultraprawicowej partii, która postulowała masowe wysiedlenia Palestyńczyków. W tym roku, 15 lat po jego śmierci w zamachu OWP, na jaw wyszły inne szczegóły jego biografii: egzekucje nieuzbrojonych Beduinów, organizacja zamachu na nieprzychylnego dziennikarza, gwałty na podległych żołnierkach, bliskie związki z półświatkiem. Od kilku lat mój syn obowiązkowo stawia się na szkolnej akademii ku czci Ze’eviego, o którym ktoś z jego otoczenia wyznał, że jego deklarowaną dewizą było: „Walczyć, jeść, rżnąć”. Te rewelacje poszły w świat przez telewizję, ale nikt się nawet nie zastanowił nad redukcją kultu generała.

Nasza prawica traktuje kraj jak tonącego „Titanica” – i wyrzuca z niego fortepian. Czyli empatię. Bo wychodzi z założenia, że jest groźna – przecież gdy podczas pojedynku rewolwerowców jeden zawaha się przez wzgląd na rodzinę drugiego, ten drugi zyskuje przewagę i go zabija.

Może faktycznie nie opłaca się być dobrym?

– Przeciwnie, uważam, że to najbardziej efektywny model bycia w świecie. Doszedłem do tego, odpowiadając na liczne pytania mojego 10-letniego syna. Np. o podatki. Istnieje dobry powód etyczny, żeby je płacić, ale powody etyczne są nudne, więc może tak: załóżmy, że zarabiasz fortunę, ale trzymasz ją w całości dla siebie i jednocześnie boisz się wyjść na ulicę, która jest pozostawiona samopas i dzika. Albo: dzielisz się nią z innymi i długo cieszysz się resztą. Bo relacje społeczne to gra i żeby ludziom chciało się przestrzegać jej reguł, muszą być odpowiednio zadowoleni ze swojego w niej statusu.

No i nie bać się. A strach rośnie.

– Właśnie nie wiem dlaczego. Lata temu robiłem wywiad z Netanjahu dla „Haarec”, też był wtedy premierem i wielokrotnie powtarzał, że Palestyńczycy nie stanowią zagrożenia dla egzystencji Izraela. Chciał mnie przekonać, że Iran stanowi, ale co do Palestyńczyków miał rację. A od tego czasu stali się tylko słabsi. W zamachach nadal giną ludzie, ale zasięgu przemocy nie da się porównać do lat 90.

Może to wina mediów społecznościowych? Może to narzędzie do komunikowania się tylko z tymi, którzy myślą tak jak ty, prowadzi do upadku sztuki porozumiewania się z innymi?

A może nie jesteśmy psychologicznie gotowi do ogarnięcia wiedzy i skokowo postępującej technologii, jakimi atakuje nas cywilizacja? Nie wiem.

Nad czym pan teraz pracuje?

– Razem z żoną nad serialem dla francuskiej telewizji. Sześć godzinnych części, bardzo chcę to reżyserować, choć po francusku ni w ząb.

Political fiction?

– Nie, historia zainspirowana moimi doświadczeniami po śmierci ojca, gdy okazało się, że w tajemnicy przed nami miał udziały w trzech nieruchomościach przynoszących w sumie niecałe 30 euro miesięcznie, a ja musiałem zająć się problemami ich mieszkańców.

W scenariuszu jest podobny punkt wyjścia: umiera pewna kobieta, a w testamencie zapisuje synowi kamienicę w Paryżu, o której nie miał pojęcia. Kamienica jest olbrzymia, ale zrujnowana, funkcjonuje prawie jak squat.

Jeśli się uda, zrobię z tego scenariusza swoją pierwszą powieść.

Portret społeczny?

– Być może, ale w formule wzbogaconej o pierwiastek magiczny. Bohater w wyniku pewnych okoliczności zaczyna tam nocować, ale za każdym razem budzi się o 40 lat wcześniej. Cofa się w czasie, kamienica młodnieje, jej mieszkańcy są coraz bardziej niedzisiejsi. Gdy dałem znajomym pierwszy odcinek do przeczytania, powiedzieli: „Fajnie, tylko jest problem: bohatera nie da się lubić, taki z niego dupek i łgarz”. No ale niestety, wzorowałem go na sobie – i będę się upierał, że może zdarza mi się kłamać, ale na pewno jestem do polubienia.

czytaj także

zobacz także