Wysokie rejestry emocji [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 31-07-2016

Nie jestem wielkim fanem ostatnich filmów o polskiej młodzieży. Naprawdę nie wiem, skąd wynajdują pokazywanych tam ludzi. Dla mnie ostatnim świetnym filmem o młodzieży byli „Niewinni czarodzieje” Wajdy – mówi Michał Marczak, laureat nagrody publiczności 16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Marta Bałaga: „Wszystkie nieprzespane noce” to dla mnie przede wszystkim film o Warszawie. Lubisz przyglądać się temu miastu?

Michał Marczak: Było wiele powodów, dla których chciałem zrobić ten film. Jednym z nich było to, że spacerując po Warszawie, zauważyłem, iż coś się zmieniło – to miasto nabrało własnej tożsamości. Pojawiło się w nim nowe pokolenie urodzone już w nowej Polsce. Po raz pierwszy poczułem się też „starszy”, chciałem zgłębić się w tym uczuciu, zobaczyć, czy coś się zmieniło, i wrócić do pewnego czasu, ale już z pewnym dystansem, inną perspektywą. 

Chciałeś nawiązać w nim do własnych doświadczeń?

– Zacząłem zastanawiać się nad okresem, kiedy sam wkraczałem w dorosłość, ale nie chciałem przenieść swoich doświadczeń w bezpośredni sposób. Inspiracją dla konstrukcji filmu był sam proces wspominania. Chciałem, aby film oddał pewien chaos i wybiórczość naszej pamięci. Na przykład zauważyłem, że prawie w ogóle nie wracam myślami do wątków związanych z pracą, nie lubiłem jej, więc jest to zrozumiałe. Pamiętam za to bardzo mocno dryfowanie po mieście do porannych godzin, mocne emocje, piękne chwile, problemy, wrażenia. Scenariusz „Wszystkich nieprzespanych nocy” jest więc połączeniem historii, które zaobserwowałem, przeżyć głównych bohaterów, rzeczy wymyślonych – wszystko w celu oddania w taki bardziej bajkowy, metaforyczny sposób młodości.

Kiedy już znalazłeś swoich bohaterów, co zajęło Ci zresztą sporo czasu, jak wyglądała Wasza praca? 

– Na początku napisałem zarys historii i przez pół roku szukałem osób, które mogłyby to zagrać. Szukałem nie profesjonalnych aktorów, ale osób z dużą, wrodzoną wrażliwością filmową. Osób, które umiałyby oddać te wszystkie subtelności językowe oraz styl bycia młodego pokolenia. To bardzo subtelne rzeczy, ale ciężkie do odegrania przez kogoś, kto w tym nie wyrastał. Kiedy wreszcie ich znalazłem, upłynęło kolejne pół roku na dopracowanie scenariusza. Podczas zdjęć bywało różnie – prawie każda scena jest zrealizowana inną techniką, od dziesiątek dokładnie przemyślanych choreograficznie dubli poprzez improwizację aż po obserwację dokumentalną. Krzysztof, Michał i Ewa po paru miesiącach stali się świetnymi aktorami. Potrafili wczuwać się w emocje, nauczyli się wchodzić na maksymalne rejestry emocjonalne podczas interakcji z innymi ludźmi. Najbardziej zależało nam na uzyskaniu poczucia, że widz obcuje z osobami, które mija na ulicy, na oddaniu ducha ich emocji, wrażliwości. 

Może dlatego nawet podczas zbiorowych scen zupełnie wtapiają się w otaczający ich tłum. 

– To właśnie było w tym wszystkim najtrudniejsze. Na szczęście mieliśmy fantastyczną ekipę, która podchodziła do całej sytuacji z ogromną empatią, zrozumieniem i spokojem. Czasem zdjęcia miały się skończyć o trzeciej nad ranem, a kończyły o drugiej następnego dnia. Byliśmy jednak przekonani, że w przypadku tego filmu taki sposób pracy jest słuszny. Że to, co robimy, ma sens. Nasza praca polegała często na stworzeniu odpowiedniego klimatu. Wywołaniu tych dwóch minut ekscytacji i uchwyceniu ich w kamerze. Zależało mi, by ludzie przeżywali w nim wysokie rejestry emocji, bo tylko tak dało się stworzyć poczucie autentyzmu. Najważniejsze jest to, żeby ludzie ci uwierzyli. Niektóre osoby nie do końca wiedziały, o co chodzi w danej scenie, i jestem im bardzo wdzięczny, bo i tak mi zaufały. Jak zresztą cała Warszawa. 

W Twoim filmie jest tyle ciepła. Chyba właśnie to mnie najbardziej zaskoczyło, bo Warszawę przedstawia się w kinie bardzo różnie.

– Dla mnie jest to bardzo wyjątkowe miejsce. Szczególnie podczas wakacji. Miasto jest puste. Nie ma turystów. Można łatwo wpaść w poczucie, że te wszystkie parki oraz ukryte zakątki jakby czekają tylko na mnie. Z ciekawostek: Warszawa wygrała nagrodę w jakimś znanym zagranicznym portalu w kategorii miejsca – „plaża roku”. Śmieszą mnie te wszystkie artykuły, w których utrzymuje się, że młodzi ludzie to „hedoniści, którym o nic nie chodzi”. 

„ i którzy bezskutecznie usiłują zapełnić czymś emocjonalną pustkę”.

– Na pewno jest gdzieś taka grupa, ale ja chciałem zrobić film o innym środowisku. Nie aspiruję też do czegokolwiek w rodzaju „portretu pokolenia”. Ja po prostu opowiadam historię paru bohaterów i to już widzowi pozostawiam jakiekolwiek wnioski. Nie lubię filmów z tezą. Więc tak ogólnie: to, co widzę w młodym pokoleniu, to duża wrażliwość i subtelność. Lubią doprowadzać do dwuznacznych sytuacji, ale jest w tym pewna lekkość, zabawa. Widzę też silne kobiety, które bawią się tymi chłopakami i swoim obrazem kobiecości. W tym środowisku zobaczyłem dużo empatii i ciepła. Może dlatego też nie jestem wielkim fanem ostatnich filmów o polskiej młodzieży. Naprawdę nie wiem, skąd wynajdują pokazywanych tam ludzi. Dla mnie ostatnim świetnym filmem o młodzieży byli „Niewinni czarodzieje” Wajdy. Od pięćdziesięciu lat nie powstało nic lepszego.

Może dlatego, że w filmie Wajdy nie było tezy ani konkretnego przesłania. Też chciałeś tego uniknąć?

– Jak można stawiać jakąkolwiek tezę, mówiąc o młodzieży? Ci ludzie wciąż próbują się określić, znaleźć swój indywidualny język. Wyróżnić się na tle tego, co było wcześniej, bo to nasza ewolucyjna potrzeba. 

Kiedy realizowałeś ten projekt, nie czułeś, że wywiera się na Ciebie presję? Że wymaga się od Ciebie jasnej odpowiedzi, co chcesz tym filmem powiedzieć?

– Na drodze tego filmu pojawiło się wiele wyjątkowych osób. Uwierzyli, że ma sens. Na szczęście nie musiałem więc nikogo do niczego przekonywać i udawać, że jest w nim ukryty jakiś morał czy właśnie ta wspomniana wcześniej teza. Wierzę w inteligencję widza. To, co sam przeżywa, jest bardzo ważnym elementem filmowego doświadczenia. Nie chcę go tego pozbawiać. 

Rozmawiała Marta Bałaga

 

 

 

czytaj także

zobacz także