Petr Zelenka: Czesi odwracają wzrok [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 30-07-2016

W Polsce ludzie są bardzo zainteresowani historią. W Czechach pewnych rzeczy wolimy nie zauważać. Nie chcemy o nich rozmawiać albo nie wiemy, czy powinniśmy. Więc spychamy je gdzieś w podświadomość – mówi reżyser Petr Zelenka.

Marta Bałaga: Czy pracę nad filmem wciąż zaczynasz od muzyki? Robiłeś tak od lat.

Petr Zelenka: Niestety, nie. W latach 90. o wiele łatwiej było korzystać z istniejących już utworów. Teraz stało się to strasznie skomplikowane i filmowcom bardzo trudno zdobyć prawa. Czasem nie wiadomo, kto nimi dysponuje. Chcieliśmy kiedyś wykorzystać stuletni utwór czeskiego kompozytora. Agencja zażądała wtedy tyle pieniędzy, że nie było nas na to stać. Dlatego zawsze powtarzam, że w dzisiejszych czasach opłaca się być kompozytorem. Łatwiej zainwestować w oryginalną ścieżkę dźwiękową.

W „Roku diabła” mogłeś wreszcie pobawić się muzyką. Opowiadasz w nim między innymi o legendarnych czeskim pieśniarzu Jaromirze Nohavicy.

– Nohavica wywarł na mnie ogromne wrażenie. Długo wierzyłem w to, że jest Bogiem. Po raz pierwszy usłyszałem go, gdy miałem osiemnaście lat. Grał wtedy w jakimś małym klubie studenckim. To chyba jeden z najpiękniejszych koncertów, na jakim kiedykolwiek byłem. Więc poszedłem na kolejny – i okazał się absolutną katastrofą. Jaromir wyszedł na scenę, zagrał dwie piosenki i wyszedł. Myśleliśmy, że zdenerwował się na organizatorów, ale w latach 80. on taki właśnie był. Opowiadał mi potem, że nie trzeźwiał całymi latami. Wyruszał w trasę, grał jeden koncert, a resztę odwoływał. „A potem się z tego śmialiśmy. Były z nas niezłe świnie” – mówił. „Koncerty były wyprzedane na pniu, ale mieliśmy to gdzieś. Po prostu siadaliśmy w jakimś kącie i zaczynaliśmy pić”.

Był zaskoczony, gdy zaproponowałeś, że zrobisz o nim dokument, który tak naprawdę wcale dokumentem nie jest?

– To był właściwy czas. On też zdawał sobie z tego sprawę. Wszyscy nazywali go wtedy „czeskim Bobem Dylanem” i chciał po prostu spróbować czegoś nowego. Myślał nawet o tym, żeby realizować opery, tłumaczyć ich teksty. Albo nawet samemu je pisać! A wtedy pojawiłem się ja z propozycję zrobienia filmu. Myślę, że tylko dlatego się zgodził. No i oczywiście dla kasy (śmiech).

Jak udało Ci się namówić do współpracy Jaza Colemana z Killing Joke?

– Jaz był wtedy w Pradze. Nagrywał utwory na swoją płytę „Riders on the Storm: The Doors Concerto” z orkiestrą symfoniczną – w Czechach dobrzy muzycy są bardzo tani. Coleman uwielbia być w centrum uwagi. Bez względu na to, o co chodzi. Więc oczywiście od razu się zgodził, bo kocha skierowaną na siebie kamerę. Był zupełnie odjechany, ale też podchodził do wszystkiego bardzo profesjonalnie. Czytając scenariusz, skupił się tylko na swoich kwestiach i był święcie przekonany, że cały film opowiada właśnie o nim. Nie wyprowadzałem go z błędu.

Podobno podszedł jednak do całej sprawy wyjątkowo poważnie.

– Już na kilka miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć zjeździł wszystkie miejsca, w których mieliśmy kręcić. Wysyłał mi listę rekwizytów, które chciałby wykorzystać, i książek, które jego zdaniem powinienem koniecznie przeczytać. Pewnego razu przytargał na plan dziesięć opasłych tomisk i stwierdził: „To wszystko musi znaleźć się w filmie”. A my kręciliśmy wtedy dwuminutową scenę. Kiedy powstawał „Rok diabła”, Coleman brał chyba wszystkie możliwe narkotyki świata. Zwykle naraz. A potem zakochał się w Pradze i postanowił w niej zamieszkać. Do dzisiaj spędza tam połowę swojego czasu.

Sam grałeś kiedyś w punkowej kapeli. Praca z takimi ludźmi przypominała chyba powrót do przeszłości?

– Takie osoby jak Nohavica czy Coleman wydają się czasem zupełnie porąbane, ale swoją pracę traktują bardzo odpowiedzialnie. Potrafią się na niej skupić. W przypadku Colemana, kiedy widzisz go po raz pierwszy, wydaje ci się tak szalony, że zaczynasz mieć wątpliwości, czy kiedykolwiek uda ci się go do czegoś przekonać. A tu okazuje się, że i owszem. Musisz go tylko najpierw zainteresować. Z Nohavicą było zupełnie odwrotnie: wygląda wyjątkowo poczciwie, a w środku kłębią się demony. Ale i tak nikomu nie udało się przebić Karela Plihala. Może dlatego, że akurat on miał prawdziwe problemy psychiczne. Kiedy po raz pierwszy się do niego zwróciłem, nie odpowiedział na żadne moje wiadomości. Spróbowałem więc dotrzeć do niego przez osobę, która dobrze go znała. Wtedy mieszkał już zupełnie sam, pod Ołomuńcem. Rozwiódł się i nie był w stanie znieść wokół siebie ludzi. Wciąż jednak dawał koncerty. Podszedłem do niego po jednym z nich. Patrząc na mnie, powiedział: „Gram po raz ostatni”. Wiedziałem, że ma koncertować jeszcze co najmniej przez dwa miesiące, ale Karel za każdym razem myślał, że robi to po raz ostatni. Był to dla niego zbyt duży wysiłek.

W filmie pokazałeś problemy, z którymi się zmagali. Nawet te najbardziej wstydliwe. Jak to przyjęli?

– W „Roku diabła” rzeczywiście pokazuję te wszystkie słabości. Ale obudowałem to fikcją, popchnąłem w przesadę. Sami mnie do tego zachęcali. Dlatego Karel ostatecznie okazał się aniołem i wybuchł (śmiech). Nie brali tego filmu do siebie. Karel powiedział mi: „Gram Karela Plihala, ale to inny Karel Plihal niż ja”. Potem zresztą znacznie mu się polepszyło. Podczas zdjęć nagle okazało się, że ludzie już mu tak nie przeszkadzają. Przeprowadził się do Pragi – wielkiego miasta pełnego ludzi. Wytrzymał tam kilka miesięcy i bardzo nam tym zaimponował. Spróbował nawet przyjść na rozdanie czeskich nagród filmowych. Stanął przed drzwiami Lucerny, ale nie był w stanie przez nie przejść. A potem wrócił do siebie.

„Samotni”, do których napisałeś scenariusz, zdobyli w Polsce ogromną popularność. Za prawdziwy przełom w swojej karierze uważasz jednak późniejszych „Guzikowców”.

– „Guzikowcy” byli moim drugim filmem, ale zarazem pierwszym, który naprawdę zmienił moje życie. Mój pierwszy sukces, który przyszedł w idealnym dla mnie momencie – miałem wtedy nieco ponad trzydzieści lat. No i były jeszcze lata 90. W tych czasach, gdy robiłeś film taki jak ten, wszyscy się cieszyli. Dzisiaj tylko wzruszyliby obojętnie ramionami. Z „Guzikowców” nigdy nie dałoby się zrobić filmu głównego nurtu. Ale reakcja, z jaką się spotkał, była czymś zupełnie fantastycznym – ludzie stali w kolejce przed kinem, żeby go obejrzeć. Zdobyliśmy nagrodę na festiwalu w Rotterdamie i zjeździliśmy z tym filmem połowę świata. Co było dość zabawne, bo to mała produkcja, za którą stała czeska telewizja. „Samotni” odnieśli sukces kasowy, ale krytyka w Czechach przyjęła ich dość chłodno.

Co jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo w Polsce ten film stał się kultowy. Ludzie masowo pili wtedy tequilę z pępków!

– Długo nie wiedzieliśmy, że cieszy się w Polsce takim powodzeniem. Dystrybucją zajmowała się wtedy firma, która już nie istnieje. Oszukali naszego producenta, mówiąc, że nikt tego filmu nie ogląda. Nigdy nie zobaczył żadnych pieniędzy, a oni rozpłynęli się w powietrzu. Dopiero kilka lat później przeczytałem książkę Doroty Masłowskiej, w której cytowała mój film, i zrozumiałem, że może warto byłoby przyjrzeć się bliżej całej sprawie.

Oba filmy zasłynęły dość specyficznym poczuciem humoru.

– Jeśli chodzi o „Guzikowców”, zainspirował mnie sam Kurt Vonnegut. Napisanie tych sześciu historii zajęło mi pięć lat. „Samotni” powstali natomiast jako cykl wywiadów z naszymi przyjaciółmi. Rozmawialiśmy z wieloma ludźmi i razem z moją byłą dziewczyną [Olga Dabrowská – przyp. M.B.] włożyliśmy sporo pracy w to, żeby scenariusz jak najbardziej oddawał ich życie. Wiele z tego, co w nim zawarliśmy, wydarzyło się naprawdę. I tak – naprawdę ktoś kogoś kiedyś podpalił.

Właśnie miałam Cię o to zapytać Przyzwyczaiłeś ludzi do komedii, a potem zrobiłeś „Braci Karamazow”. Przyszedł czas, żeby coś zmienić?

– Paradoks tego zawodu polega na tym, że zawsze musisz zaznaczyć swój styl, a jednocześnie wciąż zaskakiwać widzów. A to się przecież wyklucza! Bądź sobą i bądź kimś innym – tego się od nas oczekuje. Myślę, że w przypadku „Braci Karamazow” jesteś w stanie wyczuć, że to mój film. Mimo że jest nieco inny, ma w sobie sporo humoru – znacznie więcej, niż można by się tego spodziewać. Adaptacja teatralna, która mnie zainspirowała, kładła nacisk na ten czarny humor. Podkreślono w niej, że stary Karamazow to zwykły pajac. Takie spojrzenie na tę postać było dla mnie prawdziwą rewelacją – chyba właśnie dlatego postanowiłem zrealizować ten film. Nagle okazało się, że nie jest tylko czarnym charakterem. Jest pajacem i da się go polubić. A ja dodałem potem jeszcze kilka żartów od siebie, jak na przykład plucie na zdjęcie papieża.

Czy właśnie to próbowałeś zrobić w „Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie”? Bo na pierwszy rzut oka to taki „typowy film Zelenki”, choć ma w sobie gorzki posmak.

– Ze wszystkich moich filmów chyba ten najmniej mi się udał. Głównie dlatego, że główny bohater jest po prostu za stary. Ivan [Trojan – przyp. M.B.] miał wtedy czterdzieści pięć lat i podczas montażu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że powinien go zagrać jednak ktoś znacznie młodszy. Czterdziestolatek nie powinien już myśleć o tym, czy uda mu się zdobyć dziewczynę. Powinien takie problemy umieć rozwiązać albo nie warto o nim robić filmu, bo to skończony frajer. Choć lubię atmosferę lotniska, jaką udało nam się pokazać. Mieliśmy ponad pięćdziesiąt dni zdjęciowych, zostawiali nas tam samych i usiadłem nawet za sterami jednego z samolotów. Nigdy potem nie udało mi się tego powtórzyć, bo choć budżet był najwyższy ze wszystkich moich dotychczasowych filmów, film przyniósł też najmniejsze zyski.

Mówi się, że Polacy i Czesi nie postrzegają historii w taki sam sposób. Myślisz, że to prawda? W „Zagubionych”, Twoim najnowszym filmie, podejmujesz z tym dialog.

– Mariusz Szczygieł powiedział kiedyś, że Czesi to Polacy mówiący po niemiecku. W Polsce ludzie są bardzo zainteresowani historią. W Czechach pewnych rzeczy wolimy nie zauważać. Nie chcemy o nich rozmawiać albo nie wiemy, czy powinniśmy. Więc spychamy je gdzieś w podświadomość. Choć w przeciwieństwie do Polaków rzadko się obrażamy. Raczej udajemy, że nic się nie dzieje, i odwracamy wzrok. Więc pewnie większość Czechów postanowi zignorować także ten film. Co jest dziwne, bo to w końcu komedia, choć formalnie rzeczywiście jest dość nietypowa. No i ważną rolę odgrywa w niej papuga.

I skupią się tylko na tym aspekcie komediowym, zupełnie ignorując resztę?

– Na pewno spróbują. Będą mówić, że to wymysł Petra Zelenki, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Opowiadam w nim o układzie monachijskim, gdy francuski premier Édouard Daladier zdradził Czechów i wszedł w układ z Hitlerem. Ludzie udają, że nigdy o tym nie słyszeli, że nic o nim nie wiedzą. Widzowie bardzo różnie reagują na „Zagubionych”, ale nie spotkałem się jeszcze z agresją. Mówią raczej, że w to nie wierzą albo że ich to nie interesuje. Ten film stanowi chyba największe odejście od mojego stylu. Dalej nie ma już nic.

Rozmawiała Marta Bałaga

 

 

czytaj także

zobacz także