Agnieszka Smoczyńska: Ballady i balangi [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Natalia Gruenpeter 30-07-2016

Chcieliśmy opowiedzieć historię z punktu widzenia dzieci – mówi Agnieszka Smoczyńska, reżyserka „Córek dancingu” pokazywanych na T-Mobile Nowe Horyzonty.

Natalia Gruenpeter: W „Córkach dancingu” powracasz do lat 80., które znasz z dzieciństwa. Co Cię do tej dekady przyciągnęło? Czy odkryłaś w niej coś nowego podczas realizacji filmu?

Agnieszka Smoczyńska: Najpierw Robert Bolesto powiedział, że ma pomysł na film i że ma już tytuł: „Córki dancingu”. Chciał, żeby to była zmyślona biografia sióstr Wrońskich. Jestem przekonana, że gdyby nie to, iż sama w latach 80. wychowywałam się właśnie w dancingach, to na pewno bym się nie zdecydowała na realizację tego filmu. Moja mama prowadziła knajpy dancingowe w Szklarskiej Porębie i w Kowarach, więc to był dla mnie powrót do dzieciństwa. Ale takiego zbiorowego dzieciństwa, bo uzgadnialiśmy je ze scenarzystą, z autorkami muzyki. To też wynikało z muzyki sióstr Wrońskich. Ich rodzice grali na dancingach w latach 80., a one same nawiązują do tego czasu, choć nie w bezpośredni sposób.

 

Jak zapamiętaliście to dzieciństwo?

– Rozmawialiśmy o tym, że lata 80. to był ponury czas. Po tym, jak skończył się „karnawał” Solidarności, po wprowadzeniu stanu wojennego nastał marazm narzucany przez to, co się działo w polityce. Ale nie chcieliśmy mówić o polityce. Chcieliśmy opowiedzieć tę historię z punktu widzenia dzieci, którymi wtedy byliśmy. Założyliśmy, że akcja filmu rozgrywa się w latach 1983–1984, ale nie chodziło o konkretny okres, tylko raczej o ogólną atmosferę tego czasu. Celowo prosiłam scenografkę i kostiumografkę, żeby to nie było precyzyjne odtworzenie tych lat, ale przywołanie tego, co jest we wspomnieniach. Wyciągaliśmy pewne elementy, które zapamiętaliśmy z tego okresu jako dzieci, na przykład to, że ten świat był dla nas taki kolorowy. Na ulicach oczywiście było szaro, ale na dancingach było inaczej. Zewnętrzna forma tego świata była bardzo kolorowa, zachwycająca. Ale jeśli zajrzysz głębiej, w emocje, to zobaczysz, jak społeczeństwo, pokolenie naszych rodziców, było rozpite. Nie chodzi o to, że ludzie byli alkoholikami, ale o atmosferę nieustannej balangi, o zapijanie tego, co się dzieje dookoła. Alkohol był wszechobecny, stąd scena odtruwania oddająca emocje z dzieciństwa. Dla mnie inspiracją był też Picasso i jego praca nad „Guernicą”. Picasso przestudiował historię wojny domowej w Hiszpanii i rysował różne szkice, które były dokładnym odzwierciedleniem tego, co się działo. A potem dopiero wyciągał pewne elementy, które dla niego były najważniejszymi nośnikami emocji. Zanurzył się głęboko w sferę emocji i przełożył je na formę. To było dla mnie bardzo inspirujące. Początkowo to miał być bardzo prosty film, nawet dramat psychologiczny, osadzony w latach 80. w knajpie, ale im dalej szliśmy, tym bardziej bohaterki oddalały się od początkowej inspiracji.

Aż przybrały formę syren?

– Syreny są odzwierciedleniem dzieci, bo są naiwne, ale też dzikie – jak dzieci. Lata 80. były kluczowe, dlatego że znamy je z dzieciństwa. Moja mama prowadziła dancing, mama i wujek sióstr Wrońskich grali w takich dancingach w Warszawie, między innymi w „Adrii”. Okazało się, że to miejsce jest zamknięte i nikt tam nie wchodził od wielu lat. Stały tam wszystkie meble, znaleźliśmy kartki z jadłospisem, cała przestrzeń była nienaruszona. To było jak prezent, bo mogliśmy w tym konkretnym miejscu zrobić zdjęcia i przywołać ducha przeszłości. Weszliśmy tam też z rodzicami sióstr Wrońskich, którzy dokładnie pamiętali tętniącą życiem knajpę. To było dla nas bardzo uderzające, że ich wspomnienia ożywały, że przywoływali świat, który uwielbiali.

Czy Wasze spojrzenie na przeszłość było nostalgiczne?

– Na pewno jest w nim obecna tęsknota za dzieciństwem, za emocjami, za wyrazistymi przeżyciami. Mogliśmy przywołać ten świat na różne sposoby – rubasznie albo smutno. Ale my go przywołujemy tak, jak go zapamiętaliśmy – jako lepszy świat, bez jego brudu, bez polityki. Oczywiście to była ułuda.

W wywiadach wspominałaś o problemie z tłumaczeniem tytułu, co jest paradoksalne, bo samo słowo zaczerpnięte jest z angielskiego. Zjawisko i kontekst kulturowy jednak mogą być trudne do zrozumienia dla obcokrajowców.

– Wszyscy mówili, że ten nasz świat będzie nieprzekładalny. Kiedy rozmawiałam z producentami, twierdzili, że to jest skazane na porażkę, że na Zachodzie nikt tego nie zrozumie. Tam były kluby taneczne, ale to nie to samo. Niesamowite jest to, że dla odbiorców w Stanach, w Nowej Zelandii, w Australii to jest coś unikatowego, ale jednocześnie uniwersalnego.

Uniwersalna jest też formuła filmu łącząca różne konwencje filmowe z kiczem, ale też z tematami tożsamości czy dojrzewania. Mając w pamięci „Rocky Horror Picture Show”, można by powiedzieć, że to recepta na film kultowy. Czy zastanawialiście się nad potencjałem kultowego odbioru „Córek dancingu”?

– Podczas pracy nad filmem sami, w zamkniętym gronie, śmialiśmy się, że to będzie film kultowy. Oczywiście nie na tym się skupialiśmy, bo pracując, myślisz o czymś innym, ale rzeczywiście bardzo to do nas przemawiało. Z drugiej strony wiemy, że dla niektórych film może być hermetyczny. Nie spodziewaliśmy się takiego sukcesu, zwłaszcza za granicą. Wydawało nam się, że film może być kultowy dla naszego środowiska, dla dosyć ograniczonego kręgu. Bardzo się cieszę, że ludzie też tak to odbierają, bo to znaczy, że istnieje jakiś wspólny poziom komunikacji, wspólny kod, który działa bez względu na kraj czy czas. Wydaje mi się, że film kultowy właśnie tym się charakteryzuje, że sięga dalej niż jego własny czas.

Na festiwalu film będzie pokazywany w specyficznym kontekście, w kinie plenerowym w Rynku. Czy ucieszyłaby Cię widownia tańcząca na niektórych scenach?

– Przyznam, że jestem bardzo ciekawa, jak film zostanie odebrany. Zwłaszcza że niektórzy widzowie wychodzą, nie do końca przygotowani na to, że film jest połączeniem horroru z musicalem. To taka dziwna hybryda, czasami absurdalna, dla niektórych nie do przejścia. Dla jednych to „śmierdzi rybą”. Zresztą my właśnie chcieliśmy przekroczyć taką bezpieczną granicę. To nie jest film tylko do zabawy, on jest rozedrgany, przechodzi z jednego stanu w drugi. Chociaż rzeczywiście były w Stanach pokazy, na których na widowni, jak to się mówi, „nóżka sama chodziła”. Nie wiem, jak tutaj ludzie zareagują, bo Rynek to jednak przestrzeń otwarta. Ale też z drugiej strony taki pokaz daje energię koncertu, a ten film jest czymś w rodzaju długiej ballady, ma w sobie coś z koncertu. Jestem ciekawa, jak będzie wyglądać projekcja.

Rozmawiała Natalia Gruenpeter

czytaj także

zobacz także