Kuba Czekaj: Nie wierzę w kino autobiograficzne [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 30-07-2016

– Robienie kina to podjęcie wyzwania i wyruszenie w podróż, z której wraca się, by na końcu otrzymać od publiczności żywą reakcję – mówi Kuba Czekaj, autor „Baby Bump” i pokazywanego w ramach Polish Days "Królewicza Olch"

Urszula Lipińska: Czy robienie filmów o dzieciństwie pozwoliło Ci skonfrontować się z Twoim własnym dorastaniem?

Kuba Czekaj: Często zastanawiam się nad tym, co pamiętam z dzieciństwa. Niewiele – przyznam szczerze. Docierają do mnie jakieś strzępki, urywki przetworzone przez wyobraźnię i sprawiające wrażenie nie moich wspomnień. Jakbym oglądał czyjś album ze starymi fotografiami. Miewam wtedy jakieś przebłyski z przeszłości, przypominają mi się smaki, zapachy. Ale potrzebuję czegoś, co we mnie te wspomnienia uruchomi. Nie wierzę w kino autobiograficzne. Łatwo jest myśleć, że robię filmy, by wyleczyć duszę z traum dzieciństwa. Tak nie jest. To za łatwe. Sięgam w swoich filmach do wydarzeń, które mnie frapowały, których nie rozumiałem, i przyglądam się im oczami małego bohatera. Próbuję je przez to zrozumieć.

Zrobiłeś kilka długich metraży o dzieciach. Teraz nakręciłeś o tym dwa pełne metraże. Czy ten temat ma dla Ciebie jeszcze jakieś tajemnice?

– Dziecko to szczególny bohater w szczególnym momencie życia. Chłonie wszystko jak gąbka, niezależnie od tego, czy jest to dobre, czy złe. Jeszcze nie wie, jakie są reguły. Nie wie, jak rozpoznać i nazwać otaczającą go rzeczywistość. Myślę jednak, że na razie odpocznę od opowiadania o dzieciakach. Czuję, kiedy teraz to mówię, jakbym robił o nich filmy od jakichś 30 lat (uśmiech). Chciałbym zmienić perspektywę. Odczuwam wyczerpanie tematu, na razie nie mam nic więcej do powiedzenia w tej kwestii. Niewykluczone jednak, że jak się spotkamy za jakiś czas, to znowu będę przygotowywał film o dzieciakach. 

Podróżujesz z tym filmem już prawie rok. Czy wszędzie wzbudza on tak żywe reakcje?

– Chciałbym, żeby moje filmy wywoływały emocje. Robienie kina to podjęcie wyzwania i wyruszenie w podróż, z której wraca się, by na końcu otrzymać od publiczności żywą reakcję. Spędzamy lata na pisaniu, kręceniu. Często dzieje się to w bólach i emocjonalnym rozszczepieniu. Obojętność widzów byłaby najgorszym końcem tej drogi, jaki mógłby mnie spotkać. 

W jednym z wywiadów parę lat temu powiedziałeś, że na filmy o dzieciach najżywiej reagują dorośli. Nadal tak uważasz?

– Widzowie odnajdują w filmach znaczenia, wiążą je ze swoimi doświadczeniami bez względu na to, ile mają lat. „Baby Bump” dzieli widzów – ludzie lubią albo nienawidzą. W obu przypadkach oznacza to, że film wyzwala emocje, i to mnie w kinie interesuje. Chciałbym, żeby publiczność odbierała film wszystkimi zmysłami, trójwymiarowo. Poczuła go na sobie – niemalże cieleśnie, dzięki wykorzystaniu potencjału obrazu i dźwięku, dopasowaniu formy do opowieści i bohatera.

Robiłeś „Baby Bump” jednocześnie ze swoim innym filmem, „Królewiczem Olch”. Jakim doświadczeniem było dla Ciebie kręcenie dwóch filmów w tym samym czasie?

– To był taniec przekładaniec. Spędziłem 50 dni na planie, było to duże wyzwanie fizyczne i emocjonalne. Istniało też wielkie niebezpieczeństwo, że to nie wyjdzie. Pamiętam, jak kiedyś wziąłem na uczelni dziekankę, żeby zrobić półgodzinny film w ciągu jednego roku. A teraz zrobiłem dwa pełne metraże w tym samym czasie. Oczywiście, wtedy byłem zielonym gąsiorkiem próbującym rozpoznać, jak to wszystko działa. Choć teraz też przechodziłem z krótkiego metrażu w długi i nie wiedziałem, czego się spodziewać. Mimo to nie zastanawiałem się długo. Nie wyobrażałem sobie, jak mogę odrzucić propozycje zrobienia filmu, który dostaje pieniądze i ma premierę na jednym z największych festiwali filmowych na świecie. Zrobienie obu tych filmów równocześnie było dla mnie niesamowitą lekcją. Tego, jak filmy należy robić, i tego, jak robić nie można. 

Rozmawiała Urszula Lipińska

 

czytaj także

zobacz także