„Fuocoammare. Ogień na morzu”: Na rozstaju dróg [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Kuba Armata 30-07-2016

Kryzys imigrancki wywrócił względny europejski ład i porządek do góry nogami. O wydarzeniach, które znamy ledwie ze strzępków medialnych relacji, Gianfranco Rosi opowiedział w sposób pogłębiony i wyważony. Nie chodzi tu bowiem o formułowanie oskarżeń czy wskazywanie winnych, a raczej o to, by zebrać się do działania. Europa od dawna nie była tak podzielona, zdaje się mówić dokumentalista.

Okiem cyklonu czyni on Lampedusę, niewielką włoską wyspę, gdzie od lat rozgrywa się dramat uchodźców, pochodzących w dużej mierze z Afryki. To urokliwe miejsce stało się symbolem dzisiejszej Europy ciasno związanej węzłem gordyjskim. Kolejne łodzie wypełnione imigrantami dobijają (bądź nie) do brzegu, mieszkańcy wydają się coraz bardziej zdezorientowani skalą problemu, ale wciąż pozostają solidarni. Gianfranco Rosi w wywiadzie przekonywał niedawno o negatywnym wizerunku Lampedusy, jaki przez lata kreowany był przez media. Jednak to jedno z niewielu miejsc, które w obliczu globalnego kryzysu nie schowało głowy w piasek. Dobrym tego przykładem jest jeden z bohaterów, a zarazem inicjatorów dokumentu, doktor Bartolo. Zresztą do postaci, którym postanowił bliżej się przyjrzeć, włoski reżyser ma świetne wyczucie. Mowa zwłaszcza o Samuele, dwunastoletnim mieszkańcu wyspy. Można być pewnym, że jego szczerość, bezpretensjonalność i ciekawość złamie nawet najbardziej niewzruszone serce.

Zresztą właśnie taki jest dokument Rosiego. Trudno przejść obok niego obojętnie. Uważna obserwacja łączy się tu z empatią, a nienachalny ton potęguje jeszcze wrażenie autentyzmu. Włoskiemu dokumentaliście udała się rzecz niezwykła. Jego dwa kolejne filmy zwyciężyły na dwóch prestiżowych festiwalach. O ile na sukces „Rzymskiej aureoli” w ubiegłym roku w Wenecji można było się jeszcze zżymać, o tyle triumf „Fuocoammare. Ogień na morzu” na Berlinale był już w pełni zasłużony. To bez wątpienia dokument najwyższej próby.

 

czytaj także

zobacz także