Andriej Konczałowski: Tam, gdzie jest konsumpcja, nie ma sztuki [ROZMOWA,WIDEO T-Mobile Nowe Horyzonty

Kuba Armata 29-07-2016

Z Tarkowskim? Głównie piliśmy wódkę. Niczego się od niego nie nauczyłem ani on ode mnie. Byliśmy kolegami, studiowaliśmy w jednej szkole i razem próbowaliśmy napisać historię. Wtedy dążyliśmy do tego samego – mówi Andriej Konczałowski, znakomity rosyjski reżyser i gość festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Kuba Armata: W ramach Mistrzowskiej lekcji kina wybrał Pan dla widzów festiwalu „Złodziei rowerów” Vittoria De Siki. Widzi Pan dzisiaj następców wielkich autorów kina europejskiego?

Andriej Konczałowski: Szczerze mówiąc, nie znam zbyt dobrze współczesnego kina. Oglądam bardzo mało filmów. A w zasadzie robię to tylko wtedy, kiedy ktoś mnie zmusi. Uważam jednak, że każdą tradycję trzeba kontynuować. Zaangażowałem się w projekt, który ma na celu stworzenie możliwości robienia filmów przez młodych reżyserów, ale bez pieniędzy. Jeżeli ktoś pisze powieść, to czego do tego potrzebuje? Ledwie papieru i ołówka. Nie musi mieć nawet komputera. Tak trzeba też kręcić filmy. Nie myśleć, czy później dostanie się za to pieniądze. Z takim podejściem można uprawiać sztukę. Jeżeli chcesz zarabiać, rób kino w stylu amerykańskim, ale miej świadomość, że to komercja. 

Wspomniał Pan o pisaniu. Jak wyglądała współpraca z Andriejem Tarkowskim nad scenariuszem do „Andrieja Rublowa”?

– Z Tarkowskim? Głównie piliśmy wódkę. Niczego się od niego nie nauczyłem ani on ode mnie. Byliśmy kolegami, studiowaliśmy w jednej szkole i razem próbowaliśmy napisać historię. Wtedy dążyliśmy do tego samego. Później nasze drogi się rozeszły i rozstaliśmy się. To była dobra przyjaźń.

Ma Pan też epizod w Hollywood. Ostatnio mocno Pan go skrytykował, mówiąc, że nie podoba się Panu, w jaką stronę ewoluuje.

– Zgadza się. Trzydzieści lat temu kino amerykańskie robiło filmy dla rodziców. Po „Gwiezdnych wojnach” Hollywood zaczął robić filmy dla dzieci i nastolatków. I nic się w tej materii nie zmienia. A czego chce nastolatek w kinie? Zjeść popcorn, wypić colę, obejrzeć film i polecieć dalej. Dzisiaj film hollywoodzki to produkt konsumencki, a tam, gdzie jest konsumpcja, nie ma sztuki. Co gorsza, to wszystko rozpowszechnia się na Europę. Wymyśliłem nawet taki termin: cocakolonizacja. Widz europejski się zamerykanizował. W kinach zalewają nas filmy zza Oceanu. Przecież to imperializm w czystej postaci. Nawet nie zauważamy, pod jak dużym wpływem Ameryki jesteśmy. Weźmy Oscary. Ze dwadzieścia z nich dostają filmy anglojęzyczne, a tylko jeden dzieło w innym języku. To segregacja. 

 

Dlatego wycofał Pan „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” z oscarowego wyścigu?

– Tak, ale z drugiej strony Oscarom nadajemy zbyt duże znaczenie. Ta nagroda jest ważna w Stanach Zjednoczonych. A nawet nie, tylko w Hollywood. Choć chyba nie tyle w Hollywood, co na Wall Street. Przecież w Hollywood nie pracują już w zasadzie Scorsese, Coppola czy Woody Allen. Zastąpili ich młodzi twórcy, nastawieni na zrobienie kariery.

Łatwiej było walczyć z sowiecką cenzurą niż z producentami w Stanach?

– Oczywiście. Dokładnie wiedzieliśmy, czego robić nie wolno. Po drugie, kiedy dostaliśmy już pieniądze na realizację, nikt tego nie kontrolował. Dopiero kiedy film był gotowy, mogli go zakazać. Ale był już nakręcony. W Hollywood bez tej kontroli nie da się zrobić filmu. Pamiętam, jak kiedyś pytano mnie nawet, dlaczego tak mało ruszam kamerą. „Bo więcej mi się nie chce”, odpowiedziałem. Usłyszałem, że muszę to zmienić, bo tak teraz się robi. Rzuciłem tylko: „Fuck you”, na co oznajmiono mi, że w tym miejscu pracował już nie będę. 

Ma Pan też chyba lepsze wspomnienia? Jak na przykład praca przy „Uciekającym pociągu”. Film powstał w końcu na podstawie scenariusza Akiry Kurosawy.

– Miałem wtedy sporo szczęścia. Kurosawa kręcił film, na który zabrakło mu pieniędzy. Znaleźli je George Lucas i Francis Ford Coppola. Wtedy się zaprzyjaźnili. Scenariusz „Uciekającego pociągu” Kurosawa napisał na rynek amerykański i nie miał do niego praw autorskich. Szybko wyjechał z Ameryki, bo zrozumiał, że reżyser nie jest tam wolnym człowiekiem. Minęło dziesięć lat i prawa wróciły do Kurosawy. Nie chciał tego kręcić, skontaktował się z Coppolą i zapytał, kto mógłby to zrobić. A ten, nie wiedzieć czemu, wskazał na mnie. Potem do mnie zadzwonił i zapytał, czy chciałbym zrobić film na podstawie scenariusza Kurosawy. Spadłem z krzesła (śmiech).

Pana mentorem w Hollywood był sam Billy Wilder.

– Był ode mnie starszy i chciał być moim nauczycielem. Po jednym z filmów wiązano ze mną spore nadzieje, ale kiedy nakręciłem następny, i to w stylu Bergmana, Wilder był mną rozczarowany. Kazał powycinać sporo rzeczy. Kiedy zapytałem, czy po tych cięciach film nie będzie zbyt krótki, Wilder odpowiedział: „Przyjacielu, są tylko dwie rzeczy, które są zbyt krótkie: twoje życie i twój penis”. A cała reszta jest za długa. 

Powiedział Pan kiedyś, że wolność nie jest gwarantem dobrej sztuki. 

– Cervantes napisał „Don Kichota”, kiedy szalała inkwizycja. Puszkin tworzył poezję w czasach okropnej cenzury. Potrzebny jest taki deficyt. Jeżeli człowiekowi niczego nie brakuje, przestaje być człowiekiem. Staje się zwierzęciem.

Pana nowy film znalazł się w konkursie głównym rozpoczynającego się za kilka tygodni festiwalu w Wenecji. To wciąż wzbudza w Panu ekscytację?

– Lubię festiwale tylko wtedy, kiedy są tam moje filmy (śmiech). Przyjeżdżam nie po to, żeby oglądać, ale by pokazywać. To duży zaszczyt i cieszę się, że festiwal w Wenecji zaprosił mój film. Kiedy go kręciłem, z jednej strony się cieszyłem, z drugiej trochę niepokoiłem. Próbowałem wprowadzić w nim nowe dla siebie rzeczy w warstwie językowej. Cieszę się, że wywołało to zainteresowanie.

Rozmawiał Kuba Armata

czytaj także

zobacz także