Eleonora Danco i miliony innych zbolałych dusz [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Natalia Gruenpeter 29-07-2016

Sztuka jest dobra i wyzwalająca, kiedy pozwala innym poczuć się lekko – mówi Eleonora Danco, reżyserka filmu „N-Capace”, pokazywanego w konkursowym cyklu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Natalia Gruenpeter: Jednym z najważniejszych wątków „N-Capace” jest relacja z rodzicami. Skąd u Pani potrzeba podjęcia tego trudnego tematu?

Eleonora Danco: To wynika z mojej wcześniejszej pracy, która dotyczyła relacji rodzinnych i intymnych więzi między ludźmi. Opisuję kondycję każdego człowieka, bo wszyscy skądś pochodzimy. To konflikt, który ma charakter uniwersalny. Kino samo w sobie ma istotną relację z czasem. Wydaje mi się, że aby powiedzieć coś uniwersalnego, trzeba wyjść od takich tematów, które są wspólne dla wszystkich. Zadawałam sobie też pytanie, czym jest dla artysty zaangażowanie, i sądzę, iż polega na tym, że się nie ukrywamy, że cały czas kwestionujemy te relacje, że pokazujemy to, co świadome, i to, co nieświadome. Kiedy mówimy o tych stosunkach, jesteśmy jeszcze bardziej polityczni, niż uprawiając prawdziwą politykę. Polityka jest zaprzeczeniem sztuki, bo skupia się na tym, co aktualne. Ale w sztuce można podejmować tematy polityczne inaczej. Rodzinne związki to temat obecny w sztuce od zawsze. Znajdziemy go w teatrze antycznym, u Szekspira.

Jest Pani obecna w swoim filmie jako głos, który konfrontuje rozmówców z przeszłością, zmusza ich czasami do bardzo intymnych zwierzeń.

– Cała moja praca polega na tym, żeby się nie ukrywać. Ujawniam się tu też na inne sposoby, nie tylko jako aktorka obecna na ekranie. Pokazuję siebie także przez to, dokąd prowadzę osoby, z którymi rozmawiam, w jakim kierunku je popycham, jak je prowokuję. Pokazuję moją relację z ojcem, ale też moją relację z obrazem. Wychodzę od rzeczywistości, od prawdziwych ludzi, ale odtwarzam bądź konstruuję coś zamkniętego w pewnym języku wizualnym. Odtwarzam esencję, to, co jest zasadnicze w rzeczywistości. Podczas realizacji tego filmu zdałam sobie sprawę, jak bardzo stosunki rodzinne nas warunkują. W mojej sztuce zadaję pytanie, czy te relacje nas czynią bardziej wolnymi, czy nas zamykają. Zbolała dusza, którą gram w filmie, pomaga nam to zrozumieć. To film, który pokazuje, jak stawić czoło pamięci, jak sobie radzić z pamięcią.

Czy z pamięci wywołuje Pani frazy, które pojawiają się w komunikacji z rodzicami, frazy w rodzaju: „Do niczego się nie nadajesz”? Bohaterowie filmu powtarzają je i ujawniają, jak bardzo mogą być bolesne.

– Mój ojciec naprawdę to mówił, nawet jeśli w filmie zaprzecza. Ale to frazy uniwersalne. Wszyscy rodzice to mówią, nawet jeżeli nie robią tego bezpośrednio. Później to sobie cały czas powtarzamy i ostatecznie z tego bierze się ciągła walka. Chcemy coś zrobić, a nie możemy, bo wmawiano nam, że nie będziemy w stanie. To uniwersalne sprawy, ale podejmuję je w sposób ironiczny, trochę absurdalny, który czyni to wszystko zabawnym. Uważam, że sztuka jest dobra i wyzwalająca, kiedy pozwala innym poczuć się lekko. Inni mogą zobaczyć moją zbolałą duszę i pomyśleć, że nie są jedynymi, że są miliony innych zbolałych dusz.

Pani film łączy przeciwieństwa: prawdę i fikcję, poetyckość i bezpośredniość. Jak udało się Pani to spleść?

– To wszystko wynika z długiej pracy, którą wykonuję od lat. Bardzo dużo piszę dla teatru, jestem niezależną twórczynią. W moim teatrze łączę różne języki, ale udaje mi się zaangażować w to publiczność, która przeżywa emocje. Ważne jest też to, że prowadzę warsztaty w szkołach i w domach dla starszych osób. I tam wykorzystuję szczególną metodę, która łączy w sobie performans, pracę z ciałem. Nazywam to performansami duszy bądź kinowymi instalacjami duszy. W moim teatrze pracuję z ciałem, obrazem, perspektywą. Skupiam się też na malarstwie, bo od dziecka rysuję. Moi rodzice powtarzali, że to nie będzie moja przyszłość, ale zachowałam wszystkie rysunki. To wszystko kształtuje moją relację z obrazem.

Rozmawiała Natalia Gruenpeter

czytaj także

zobacz także