„Komuna”: W grupie raźniej? [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 29-07-2016

– Jeśli ktoś myśli, że w komunach tylko brało się narkotyki i biegało nago, bardzo się myli. W rzeczywistości za ścianami domów zamieszkanych przez grupy przypadkowych ludzi było wiele smutku i cierpienia – mówił Thomas Vinterberg. Wyreżyserowana przez niego „Komuna” zamyka 16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty.

A miało być tak pięknie. Duży dom, otwartość na ludzi i chęć przeżycia przygody. Erik i Anna spędzili w małżeństwie długie lata, ustabilizowali sobie życie i postanowili doświadczyć czegoś nowego. Nie chcą się jedynie starzeć i spędzać każdego dnia tak samo. Czują, że ich to powoli zabija. Dlatego wpadają na świetny plan i zawiązują w swoim domu komunę. Otwierają drzwi i tylko czekają, aż odżyją świeżą energią, wniesioną do ich domu przez nowych, ciekawych ludzi. I z każdym kolejnym dniem realizacja tego planu im się coraz bardziej podoba. Powoli kolekcjonują pod swoim dachem dziwaków i outsiderów, gotowych na każde szaleństwo. Wreszcie czują, że żyją. Niestety, szybko okazuje się, że ta bosko zapowiadająca się przygoda mknie w kierunku bardzo przykrych konsekwencji.

Thomas Vinterberg zadbał, aby jego film miał odpowiedni klimat. Akcja dzieje się w latach 70., w tle pobrzmiewają hity tamtych lat, bohaterowie noszą długie włosy i rozszerzane spodnie. Ale atrakcyjny sztafaż to tylko przykrywka. W rzeczywistości „Komuna” jest przesycona smutkiem. I nie jest to smutek wynikający z sentymentalnego spojrzenia autora na czasy swojej młodości. To dojmujące przygnębienie rozliczenia się z mitem, tak chętnie idealizowanym w filmach czy książkach. Mitem szczęśliwego życia we wspólnocie, pięknej ucieczki od samotności i dawania sobie wsparcia. U Vinterberga tego nie ma. Jest za to desperacka walka o uwagę w grupie, poczucie obcości w tłumie ludzi i brak demokracji przy podejmowaniu najprostszych decyzji. Pierwszą ofiarą tych problemów pada zresztą Anna, prowodyrka zawiązania komuny. To ona, zamiast zyskać nową energię, dostaje od życia bolesną lekcję i płaci najwyższą cenę. A za nią ciosy dostają następni mieszkańcy, dotąd święcie przekonani, że wspólnota rozwiąże ich osobiste problemy.

Vinterberg pokazuje, że to nie jest możliwe. Komuna tylko zagłusza samotność i pozwala na chwilę uciec od konfrontacji z własnymi słabościami. Ale one prędzej czy później i tak wszystkich dogonią. 

czytaj także

zobacz także