Tomás Weinreb: Nie usprawiedliwiać, tylko zrozumieć [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 29-07-2016

„Ja, Olga Hepnarová” w reżyserii Tomása Weinreba i Petra Kazdy zaprezentowano w sekcji Powiększenie.

Marta Bałaga: Oprócz „Ja, Olga Hepnarová” wspólnie z Petrem nakręciliście już kilka krótkich metraży. Dlaczego lubicie razem pracować?

Tomás Weinreb: Może dlatego, że Petr nigdy się nie odzywa, a ja mówię o wiele za dużo. Jakoś się wzajemnie dopełniamy. Każdy element filmu musimy najpierw obgadać, żeby potem nie kłócić się, kiedy już znajdziemy się na planie. „Ja, Olga Hepnarová” powstawała bardzo długo. Gdy film oparty jest na prawdziwej historii, zwykle łatwiej go potem sprzedać. W tym przypadku tak nie było, bo ludzie nie chcą rozmawiać o Oldze.

Olga Hepnarová była ostatnią kobietą, którą skazano w Czechach na karę śmierci. W 1973 roku wjechała samochodem na chodnik – zginęło wtedy osiem osób, wiele zostało rannych. Dlaczego postanowiliście opowiedzieć jej historię?

– Kilka lat temu zobaczyliśmy w czeskiej telewizji poświęcony jej dokument, a potem kupiliśmy książkę napisaną przez Romana C~lka, która bardzo nas zainspirowała. Skontaktowaliśmy się z wieloma ludźmi, którzy ją pamiętają, oraz z tymi, którzy po tylu latach wciąż starają się zrozumieć, co się wtedy stało. Pomocne było zwłaszcza spotkanie z jej przyjacielem Miroslavem Davidem. Chcieliśmy też porozmawiać z rodziną, ale okazało się to bardzo trudne – matka Olgi miała wtedy ponad osiemdziesiąt lat i była już bardzo schorowana. Początkowo była do nas nastawiona bardzo nieufnie, ale ostatecznie pokazała nam prywatne zdjęcia Olgi, a jej siostra powiedziała, że nie przeszkadza im to, iż chcemy zrobić o niej film.

Próba nawiązania kontaktu z jej rodziną była dla Was aż tak ważna?

– Tak, bo sprawa Olgi to w Czechach wciąż dość drażliwy temat i wielu podawało w wątpliwość, czy mamy prawo opowiedzieć tę historię. Kiedy próbowaliśmy przekonać do tego filmu producentów, wyrażali żywe zainteresowanie. Po czym dodawali, że musimy napisać scenariusz od nowa i pokazać to, co zrobiła, w bardziej jednoznaczny sposób. Zdecydowanie potępić jej czyn. Na szczęście udało nam się znaleźć ludzi, którzy w nas uwierzyli. Wsparciem obdarzyła nas Agnieszka Holland, a potem poznaliśmy Michalinę Olszańską. Wtedy zrozumieliśmy, jaki chcemy zrobić film.

Rozmawialiście z nią o tym, na jak wiele możecie sobie pozwolić?

– Michalina od razu zapowiedziała nam, że dla dobra filmu zrobi absolutnie wszystko. Wielu aktorów tak mówi, ale potem nie zamierzają wywiązać się z tej obietnicy. Jest odważną, inteligentną aktorką i od razu zrozumiała nasze intencje. Bo bardzo zależało nam na tym, żeby jej twarz wyrażała bardzo niewiele. Żeby te przeżywane emocje kierowała raczej do wewnątrz. „Ja, Olga Hepnarová” to minimalistyczny film. Kiedy udało nam się to zrozumieć, reszta stała się prosta. Dlatego też musiał być czarno-biały, bo tak postrzegamy tę historię. Choć czasem śmiejemy się, że dokonując tego wyboru, chcieliśmy zrobić wstępną selekcję wśród widzów (śmiech).

Opowiadacie o osobie, która nie zdradza tego, co tak naprawdę czuje. Trudno chyba pokazać to na ekranie?

– Dlatego tak ważne było znalezienie odpowiedniej aktorki. Michalina otworzyła się na tę postać, otworzyła swoje ciało i umysł. Zaczęła myśleć jak Olga, a po skończonych zdjęciach ciągle przesiadywała w samotności. Naszym zadaniem było tylko nadaniu temu, co robi, pewien kierunek. To film, którego napięcie sytuuje się w środku, bo ludzie tacy jak Olga chowają wszystko do wewnątrz.

Czytając o Oldze, zauważyłam, że różne źródła inaczej opisują jej ostatnie godziny. Że prowadzona na śmierć próbowała się opierać, mimo że wcześniej wielokrotnie próbowała się zabić.

– Bohumil Hrabal tak to opisał w „Podziemnych rzeczkach”, ale to fikcja. Nie do końca tak to wyglądało. Zastanawialiśmy się, czy nie pokazać tego, jak ją powieszono. Ale nie wydało nam się to konieczne. Te ostatnie sceny były jedynymi, kiedy zupełnie nie byliśmy w stanie kontrolować tego, co robi Michalina.

„Proszę, żebyście przyjęli ten list jako dokument. Oto moja spowiedź. Ja, Olga Hepnarová, ofiara waszego bestialstwa, skazuję was na karę śmierci przez przejechanie” – pisała w liście wysłanym do gazety. Swój czyn postrzegała jako gest zemsty wobec społeczeństwa, które całe życie ją krzywdziło. Sprawcy masakry w Columbine używali podobnych argumentów.

– Takie sytuacje wciąż się zdarzają, ale gest Olgi wypływał bezpośrednio z tego, jak postrzegano wtedy takich ludzi jak ona. W latach 70. nie było dla nich miejsca w społeczeństwie. Dzisiaj może i jesteśmy bardziej wyizolowani, ale gdy odczuwamy ból, mamy do kogo się zwrócić. Ludzie korzystają z usług terapeutów, psychoanalityków. Olga nie miała tego luksusu, więc próbowała zawrzeć swoje uczucia w listach. Najpierw tylko przyznawała, że nie lubi ludzi. Potem – że chce ich zwalczać. Te listy wskazują, że był taki moment, kiedy można było jej pomóc. A przynajmniej spróbować. W Czechach zarzucano nam, że staramy się znaleźć usprawiedliwienie dla tego, co zrobiła. Tak nie jest – Olga była i jest morderczynią. Chcemy tylko zrozumieć, co się musiało dziać w człowieku, żeby zrobił coś takiego.

Rozmawiała Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także