Cristian Mungiu: Zmiana wymaga wysiłku [ROZMOWA T-MOBILE Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 28-07-2016

Zawsze zależy mi na tym, żeby mój film był zrozumiały nawet w zapadłej wiosce. Tylko tak można przekonać się, czy wciąż wiesz, jak opowiadać historie – twierdzi Cristian Mungiu.

 

Marta Bałaga: „Egzamin”, Twój najnowszy film, jest oparty na prawdziwej historii. A raczej historiach.

Cristian Mungiu: Nawiązałem w nim do wydarzeń, o których rozpisywały się niedawno gazety. Pewną dziewczynę zaatakowano w samym sercu Bukaresztu i zgwałcono, mimo że dookoła było pełno ludzi. Nikt nie zareagował. Moi aktorzy nawet się z nią spotkali Wciąż nie jestem w stanie zrozumieć, jak w dzisiejszych czasach mogło dojść do czegoś takiego. I co to o nas mówi jako o społeczeństwie. Przeczytałem też kiedyś o ojcu, który starał się zmienić wyniki egzaminów swojej córki. Oraz o grupie dzieci, które oszukiwały podczas sprawdzianów. Pomagali im w tym rodzice i nauczyciele. Prawdziwy problem zaczął się jednak, kiedy rozpoczęto śledztwo i prokurator wysłał po dzieci autobus, żeby przywieźć je na przesłuchanie.

Autobus?

– Bo było ich aż tyle! Wtedy podniosła się wrzawa i premier ogłosił, że nasze społeczeństwo nie może pozwalać na to, żeby przesłuchiwać autobus pełen dzieci. Jeśli nauczyciele i rodzice pomagają ci oszukiwać, to raczej nie wyrośnie z ciebie nic dobrego. Czego możemy się potem spodziewać po takim społeczeństwie? Każdy z nas ma to irracjonalne przekonanie, że młodzi ludzie zmienią świat na lepsze. Ale jeśli uczymy ich takich rzeczy, to chyba nie ma co się tego spodziewać. Jeśli nie podoba ci się świat, w jakim żyjesz, i chcesz go zmienić, musisz zacząć od siebie. Od wytyczenia sobie i swoim dzieciom granic. Tylko wtedy możesz mieć nadzieję, że coś ulegnie zmianie.

W takich sytuacjach ludzie zawsze znajdują jakąś wymówkę.

– Dokładnie. Będą uparcie twierdzić, że pójście na kompromis jest konieczne, aby przeżyć. Że w ten sposób walczą z niesprawiedliwością, która ich otacza. I pewnie mają trochę racji, ale myśląc w ten sposób, nigdy nie wyrwiemy się z tego błędnego koła. Trzeba szukać rozwiązań, które okażą się dobre nie tylko dla jednej osoby, ale dla wszystkich. Właśnie o tym staram się opowiedzieć w tym filmie.

Świat, który pokazujesz, jest brzydki. Opiera się na wzajemnych przysługach i małych świństewkach. Ale dajesz w nim trochę nadziei.

– Tak sądzisz? To nie jest jednoznaczne zakończenie. Zauważyłem, że ludzie bardzo różnie je interpretują. Nie jestem pewien, czy to, co robi grana przez Marię Dragus Eliza, to krok naprzód, czy może raczej do tyłu. „Egzamin” nie jest filmem o współczesnej Rumunii. Opowiada o tym, jak ludzie się zachowują, o byciu rodzicem, o wychowaniu i rodzinie. Wydaje mi się dość uniwersalny, ale zawsze wierzyłem w to, że w filmach powinno się opowiadać o tym, co się zna. A ja nie jestem nastawiony zbyt optymistycznie do tego, co widzę.

Myślisz, że uda się to kiedyś zmienić?

– Zmiana mentalności całego społeczeństwa wymaga tyle cierpliwości i energii, że ludzie zwykle wolą się poddać i poszukać znacznie łatwiejszych rozwiązań. Potrafię to zrozumieć, ale jednocześnie trochę mnie to zasmuca. Zmiana wymaga wysiłku. Nie możemy po prostu powiedzieć młodym ludziom: zrobiliśmy, co w naszej mocy – teraz wasza kolej. To nieprawda. Nawet nie próbowaliśmy. Nie możemy zwalać tej odpowiedzialności na barki kogoś innego.

Filmy rumuńskiej Nowej Fali opowiadają o bardzo specyficznej rzeczywistości, ale okazują się zrozumiałe na całym świecie. Jak myślisz, z czego to wynika?

– Akcja tych filmów rozgrywa się w Rumunii, ale opowiadają o problemach, z którymi każdy z nas potrafi się utożsamić. Mam nadzieję, że robię filmy o ludzkiej naturze i o złożoności naszego życia. To wszystko da się zrozumieć bez względu na to, skąd pochodzisz. „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” pokazywano na całym świecie. Ludzie potrafili zrozumieć sytuację, którą w nim przedstawiłem, i odpowiednio się do niej odnieść. Oni też odczuwali te emocje, choć manifestowały się w nieco inny sposób. Widzowie są o wiele inteligentniejsi, niż się powszechnie uważa, i potrafią przenieść te historie na grunt własnego życia. Czasem udaje mi się to osiągnąć – sprawić, żeby przez chwilę ludzie spojrzeli na film, jakby dotyczył ich samych. To fantastyczne uczucie, kiedy staje się czymś więcej niż tylko dwugodzinną zapchajdziurą, którą ogląda się w piątek, żeby zapomnieć o tygodniu pracy.

Niedawno rozmawiałam z Corneliu Porumboiu, który stwierdził, że na rumuńskie film nie chodzi rumuńska publiczność. Zgadzasz się z tym?

– Filmy Corneliu są znacznie trudniejsze niż moje. Dokonuje nieco radykalniejszych wyborów i trudno się w nich odnaleźć mniej doświadczonym widzom. Moje filmy, choć może czasem nie wskazuje na to ich forma, są w gruncie rzeczy bardzo przystępne. Łatwo je zrozumieć. Zawsze zależy mi, żeby mój film był zrozumiały nawet w zapadłej wiosce, gdzie ludzie rzadko chodzą do kina. Tylko w taki sposób można przekonać się, czy wiesz, jak opowiadać historie. Jeśli uda ci się sprawić, że nawet tacy widzowie będą zainteresowani i zrozumieją twój przekaz, to uda się z całą resztą świata. Ich reakcja jest dla mnie najważniejsza. Rozumiem jednak, co miał na myśli Corneliu, bo w Rumunii, jak i na całym świecie, kino to rozrywka.

Co to oznacza dla takiego twórcy jak Ty? Nie robisz przecież filmów, które można wyświetlać w multipleksach.

– Ogólne podejście jest takie: „Jest piątkowy wieczór i idę do kina, więc chcę się pośmiać. Haruję przez cały tydzień i nie chcę wysłuchiwać twoich problemów – rozśmiesz mnie!”. Nie podoba mi się idea, że filmy powinny być ustandaryzowane. A to już się dzieje, bo amerykańskie superprodukcje inwestują tylko w to, co zagwarantuje im przychód. Nie lubią ryzykować – mają formułę, która się sprawdza, więc po co mieliby ją zmieniać? W ciągu ostatnich 25 lat nie stać nas było na to, żeby z tym walczyć. I zalało nas takie kino. Aż 90 procent tego, co można zobaczyć w Rumunii, to produkcja amerykańska. Da się to znieść, ale warto byłoby chyba zachować choć trochę różnorodności. A to da się osiągnąć tylko wtedy, gdy zadbasz o edukację i odpowiednio wcześnie przyzwyczaisz ludzi do innego typu kina.

Wszyscy powtarzają jednak, że nowe pokolenie zupełnie zatraciło zwyczaj chodzenia do kina.

– Oglądają filmy za darmo w komórce, zupełnie nie mając z tego powodu wyrzutów sumienia. Z drugiej jednak strony, „Egzamin” obejrzało już 50 tysięcy widzów, a najnowszy film braci Coen – tylko 20 tysięcy. Ale to przekonanie, że kino powinno stanowić przede wszystkim rozrywkę, jest bardzo głęboko zakorzenione.

W Twoim filmie rodzina, którą przedstawiasz, jest bardzo specyficzna – każdy żyje własnym życiem, a kiedy wydarza się tragedia, wcale ich to nie scala.

– Chciałem zrobić film o braku szczerości, także wobec najbliższych. Ludzie często nie mają siły na to, żeby skonfrontować się z problemami w ich życiu. Odkładają je na bok, a potem, gdy mają już pięćdziesiąt lat, nagle zdają sobie sprawę, że na wiele rzeczy jest już za późno. Brną w kłamstwa, wmawiając sobie, że robią wszystko dla dobra dzieci. Co jest głupotą, bo dzieci widzą, co jest prawdą. Ludzie z mojego pokolenia nie chcą wziąć na siebie moralnych konsekwencji podejmowanych decyzji. I tak kompromis krok po kroku wkracza w twoje życie i rozwala je od środka. A ty stajesz się niewolnikiem własnej słabości. Nagle nie rozumiesz, dlaczego jesteś nieszczęśliwy, a twoje życie wcale nie przypomina tego, co sobie kiedyś zamierzyłeś. Wszystko jest rezultatem naszych decyzji.

Czasem tylko zdajemy sobie z tego sprawę zbyt późno?

– Właśnie o tym opowiada „Egzamin”. Nie o korupcji albo znieczulicy, tylko o byciu tak pochłoniętym małymi, nieważnymi decyzjami, że nie zauważasz, że zrobiła się już godzina 16 po południu, a ty zmarnowałeś dzień. Bo tak naprawdę całe nasze życie można by zamknąć w jednym dniu. Budzimy się rano, tak cholernie pewni siebie, a potem po 13 czas nagle przyśpiesza i znowu niczego nie udało nam się osiągnąć (śmiech).

Większość ludzi nie żyje tak, jak by chcieli.

– Wolą zmieniać partnera, a nie własne zwyczaje. Albo zdają sobie wreszcie sprawę z tego, że nic dobrego ich już w życiu nie spotka, więc koncentrują się na dziecku. Obarczają je swoimi frustracjami. To zabawne, że ludzie wciąż wierzą w to, iż da się komuś przekazać zdobytą wiedzę – dwudziestolatek nigdy nie będzie słuchał rad pięćdziesięciolatka. Jedyne, czego sobie życzę, to żeby młody człowiek, który ogląda mój film, zrozumiał, że w życiu nie ma sensu na nic czekać. Bo potem robi się za późno i robi się 16 po południu. Jeśli czegoś pragniesz, zrób to teraz. Nie czekaj. Naprawdę nie ma na co.

Czy Twoje podejście do wielu spraw zmieniło się, kiedy sam zostałeś rodzicem?

– Kiedy jesteś rodzicem, mówisz tyle głupich rzeczy i zwykle kieruje tobą miłość. Większość ma dobre chęci i pragnie dla swoich dzieci tego, co najlepsze. Ale nasze pragnienia często nie pokrywają się z tym, czego one same chcą. Jedyne, co możemy zrobić, to dać im wolność, by popełniały własne błędy. Choć ja sam tego nie robię. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mówię zupełnie jak moi rodzice. Powtarzam te same puste frazesy. Myślę, że moje filmy zawsze odzwierciedlają to, co dzieje się w moim życiu, a teraz zadaję sobie właśnie takie pytania. Najważniejsze w moim życiu nie jest robienie filmów, tylko wychowywanie dzieci. Dlatego postanowiłem zrobić o tym film. Kino powinno odzwierciedlać to, przez co przechodzisz i co cię martwi. Świat stał się ostatnio bardzo dziwnym miejscem. Nikt z nas nie ma poczucia bezpieczeństwa. Martwimy się o to, co czeka nasze dzieci. Bycie rodzicem to bardzo skomplikowana sprawa.

Rozmawiała Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także