Przemysław Wojcieszek: W trudnych czasach pisze się szybko [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Kuba Armata 28-07-2016

To nic dobrego żyć w nieciekawych czasach. Sztuka kwitnie, ale za jaką cenę. Warto jednak o tym mówić, bo najgorsze, co może być, to udawać, że nic się nie dzieje – mówi Przemysław Wojcieszek, reżyser filmu „Knives Out”, który pokazywany był premierowo na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu.

 

Kuba Armata: Jakiś czas temu pojawił się w internecie krótki film, w którym przekonujesz, że potrzebne jest Wam wsparcie finansowe na dokończenie „Knives Out”. Bałeś się, że możecie mieć z tym problem?

Przemysław Wojcieszek: Film nie miał żadnych szans na jakiekolwiek wsparcie instytucjonalne. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę od samego początku. Dlatego opis projektu i stronę filmu na potrzeby kampanii crowdfundingowej zrobiliśmy jeszcze przed zdjęciami, kilka miesięcy temu. Bałem się jednak, że odpalę akcję i nie będę miał czasu jej pilotować. I w efekcie nic ona nie da. „Knives Out” robiłem za swoje pieniądze i finansowo totalnie się na tym wyłożyłem. Pamiętam, że ostatniego dnia zdjęć wypłacałem z bankomatu 200 czy 300 złotych, bo więcej już po prostu nie miałem. Wróciłem do Wrocławia z dwiema skrzynkami słoików od naszej gospodyni, która się nade mną zlitowała. To był bardzo ciężki miesiąc. Pomógł mi wtedy Jacek Głomb z Legnicy, u którego, żeby się odkuć, zrobiłem spektakl teatralny „Hymn narodowy”. Powstał ciekawy projekt, ale literalnie uratowało mi to życie. Do filmu wróciłem wiosną, zrobiliśmy nową wersję montażową, wyczyściliśmy dźwięk, wszystko szło bardzo powoli. Ale trzy tygodnie temu okazało się, że nie mamy już pieniędzy na zgranie dźwięku, mimo że studio potraktowało nas bardzo ulgowo. Z dnia na dzień odpaliliśmy akcję na platformie „Polak potrafi”. W tydzień zebraliśmy 20 tysięcy złotych.

Ludzie mocno Wam zaufali.

– To było niesamowite. Nigdy czegoś takiego nie robiłem i panicznie się bałem. Przez pierwszy dzień spłynęło chyba 160 złotych. Pomyślałem wtedy, że jak zbierzemy siedem stów, to będzie wspaniale (śmiech). Następnego dnia napisał o tym portal Gazeta.pl, za nim podchwyciły inne i ruszyło. Oczywiście była duża fala hejtu, ale wielu anonimowych ludzi zaczęło wysyłać nam pieniądze. I robią to zresztą do dzisiaj, mimo że sam limit wyrobiliśmy w tydzień. Mimo tego, że nie udało mi się jeszcze spłacić wszystkich zobowiązań związanych z „Knives Out”, doszło do premiery filmu, a to było dla mnie kluczowe. Zobaczymy, co będzie dalej. Wydaje mi się, że jeżeli wszystko będzie zmierzało w stronę coraz większej cenzury i inwigilacji, ludzie będą chcieli wspierać takie projekty.

Po pokazach na T-Mobile Nowe Horyzonty większość widzów została w sali i chciała o tym filmie rozmawiać. Myślisz, że im trudniejsza sytuacja, tym ludzie bardziej będą chcieli oglądać takie kino?

– Tak mi się wydaje. Reakcje ludzi na nasz film i wsparcie, jakie tu dostajemy, są niesamowite. Ale tak dzieje się od kilku miesięcy. Po raz pierwszy zdarzyła mi się sytuacja, gdzie wokół filmu wytworzyła się pewna społeczność. Na facebookowej stronie „Knives Out” jest około tysiąca osób, które udostępniają wszystkie materiały, jakie tam się pojawiają. Na to z kolei reagują inni. To ludzie z całej Polski, których można też poprosić o wskazanie miejsc, gdzie nasz film można by było pokazać. Bo obecnie dystrybucja to nie tylko kina. Ludzie są stłamszeni, wkurzeni. Włączają telewizję, a tam sześciu księży dyskutuje o tym, że in vitro to zło. Albo pogadanka przed „Idą”. Ciśnienie musi znaleźć swoje ujście. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego. Pamiętam, jaki szok przeżyłem, kiedy w Legnicy wystawialiśmy „Hymn narodowy”. Zjechali się ludzie z całej Polski tylko po to, żeby pobyć razem i wspólnie odreagować to gówno. Oczywiście jeżeli będzie taka sytuacja jak w Turcji, gdzie panuje totalna inwigilacja, wiadomo, że to wszystko padnie. Na razie ucisk jest jednak dość nieudolny i kanały alternatywne sprawdzają się nieźle.

Jak nasze krajowe napięcia wyglądają z Twojej perspektywy?

– Niestety, eskalują. Codziennie czytam, że ktoś wyleciał z pracy czy że wybuchł jakiś skandal, bo ktoś coś powiedział. A to przecież jest środek Europy, z bardzo silną tradycją inteligencką. Stłamszenie takiego społeczeństwa nie jest proste. To nie jest tak, że każesz ludziom coś robić i oni to robią. Mamy bardzo mocne tradycje wolnościowe. Jest jednak tak, co potwierdzają badania, że ludzie mocno reagują na publiczne nastroje, pewne przyzwolenie, jakie dostają. Kiedy Jarosław Kaczyński wypowiadał się w niepochlebnym tonie o imigrantach, to nastąpił skokowy wzrost takich nastrojów. Pewne grupy społeczne są bardzo wrażliwe na określoną retorykę. Zwłaszcza że nie ma natychmiastowej sankcji za nacjonalistyczne zachowanie. To się ludziom udziela.

Twoi bohaterowie to taki przekrój postaw dzisiejszej Polski?

– Do pewnego stopnia na pewno. Od początku zakładałem, że będzie to dość plakatowe. „Knives Out” to rodzaj czarno-białego filmu politycznego. Jednym się to będzie podobało, innym nie. Miałem ochotę zrobić taki film. Nie chciałem bawić się w psychologię bohaterów, a chodziło mi o to, żeby reprezentowali określone typy. Pokoleniowe, ale i ogólnospołeczne. Mamy dwójkę reprezentantów nowej Polski, jak również tych, którzy właśnie przegrali, ale są świetnie osadzeni w tej rzeczywistości. Wreszcie są dwie dziewczyny, niby liberalne, ale to pozorne. Kiedy bierzesz młodych ludzi do projektu, chodzi o power, energię. Dyskusje ideologiczne nie są pogłębione, starałem się tego unikać. Zależało mi na pewnym zestawie haseł, który te postaci wypowiadają, i obrazie ich mentalności. Największą obsesją tych ludzi jest to, żeby nikt im nie odebrał tego, co mają. Film mówi też o tym, że radykalny nacjonalizm stał się mainstreamowy. To już nie jest domena skinów. Wielu nacjonalistów, których spotkałem, to ludzie stateczni, którzy mają pracę, żonę, dzieci.

Co sądzisz o pokoleniu, które portretujesz?

– Jestem w stosunku do nich złośliwy, ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że pisałem scenariusz z ich rówieśnikami. Szybko nam to poszło. Osiemdziesiąt stron napisałem w trzy tygodnie. Ale w trudnych czasach pisze się szybko. Pozwoliłem im mówić własnym językiem. Te dzieciaki gadają głównie o seksie, polityce, narkotykach i alkoholu. Te rzeczy przychodzą im bezrefleksyjnie i to mi się w tym filmie podoba. Z niektórymi rzeczami nie dyskutują, bo nie mają narzędzi, żeby je rozpracować. Przychodzą z góry i przyjmowane są przez nich w sposób bezkrytyczny. Postrzegają Polskę jako ich kraj, ale cały czas boją się o swój stan posiadania. Stąd wrogość w stosunku do imigrantów. Jest w tym filmie scena, kiedy jeden z bohaterów mówi: „Wypijmy za Breivika”. Okrutny żart, ale rok temu sam byłem świadkiem takiej sceny, i to właśnie w knajpie, gdzie teraz jesteśmy.

Myślisz, że artyści powinni wziąć na swoje barki trochę odpowiedzialności i mówić o tym, co się dzieje?

– Artysta podejmuje takie wybory, na jakie ma ochotę, nie mnie oceniać, co kto robi. Dla mnie to obowiązek. Muszę o tym mówić, bo jestem coś winien ludziom, którzy tego chcą. Nie zabawiam klasy średniej, tylko opowiadam o konkretnych zagrożeniach, jakie odczuwamy. Każdego tygodnia prowadzę kilkanaście rozmów o Polsce. W większości z nich pada stwierdzenie, że idą ciężkie czasy, wojna, nie wiadomo, co będzie. Zwłaszcza jeśli Donald Trump wygra wybory w Stanach, te odwrócą się od nas na pięcie i nastąpi dezintegracja Unii Europejskiej. Rozmawiałem ostatnio z niemieckimi dziennikarzami w Berlinie. Przez ostatnie pół roku bardzo dużo pisano o Polsce. Potem nastąpił Brexit, seria zamachów w Europie Zachodniej, zamach stanu w Turcji. Nagle okazało się, że jest mnóstwo innych spraw, a Polską są już wszyscy zmęczeni, bo niewiele u nas się zmienia. To niebezpieczne, bo dopóki jest zainteresowanie ze strony mediów, władza czuje się sprawdzana. A tak ma większą swobodę działania. Boję się, że z tygodnia na tydzień nastąpi poważna zmiana. To nic dobrego żyć w nieciekawych czasach. Sztuka kwitnie, ale za jaką cenę. Warto jednak o tym mówić, bo najgorsze, co może być, to udawać, że nic się nie dzieje.

O „Knives Out” mówi się, że jest pierwszym filmem o „dobrej zmianie”.

– Kiedy go robiliśmy pod koniec zeszłego roku, byłem przekonany, że na Nowych Horyzontach będzie takich filmów piętnaście. Później, że dziesięć, sześć, trzy. Nie ma ani jednego. Polskie kino udaje, że ten problem nie istnieje. To dla mnie niepojęte. Pytanie, ile trzeba opresji, by branża wreszcie zwróciła uwagę na to, że coś się w naszej rzeczywistości zmieniło.

Rozmawiał Kuba Armata

czytaj także

zobacz także