Pippo Delbono: Zadaniem artysty jest zmieniać punkt widzenia [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Natalia Gruenpeter 28-07-2016

Kino powinno być jak włożenie kamery w oczy kota, ptaka czy rozbieganego dziecka – mówi Pippo Delbono, włoski reżyser teatralny i filmowy, bohater retrospektywy T-Mobile Nowe Horyzonty.

Natalia Gruenpeter: W każdy spektakl wkłada Pan dużo emocji i wysiłku. Jak wyglądają powroty do codziennego życia po tak intensywnym doświadczeniu?

Pippo Delbono: Najtrudniejsze jest właśnie normalne, codzienne życie. Kiedy mam do czynienia z jakimś faktem artystycznym, jestem w stanie się do niego zdystansować. Na przykład kiedy filmuję moją matkę, to mogę na nią spojrzeć jak na Matkę, postać, o której wypowiadam się w sztuce. Tak samo mój umierający przyjaciel zaczyna uosabiać stratę. Natomiast w życiu codziennym nie mogę stanąć obok. Sztuka jest jak podróż, w którą wyruszamy. Osiągamy przytomność umysłu, której nam brakuje w życiu codziennym, wchodzimy w rytm świata. W sztuce też cechuje mnie duża wiara, że wszystko się powiedzie – i rzeczywiście zwykle mam szczęście. Nie mam tylu lęków i niepokojów, co w życiu prywatnym.

Porównał Pan sztukę do podróży, ale równie ważna jest dla Pana prawdziwa podróż. Czy ona też pomaga spojrzeć na świat z dystansem?

– W podróży odrywamy się nie tylko od życia jako takiego, ale przede wszystkim od siebie samych. To odpoczynek od siebie samego. Nie zawsze nawet musimy robić coś konkretnego, czasami wystarczy, że patrzymy. Podróż jest koniecznością, bo pozwala nam zyskać nowe paliwo na kolejne działania. Robiąc sztukę, działając, jesteśmy skażeni różnymi rzeczami, które nam ciążą. Podróżą są też sny czy marzenia, w tym sensie cały czas podróżujemy.

W podróż często zabiera Pan ze sobą kamerę. Jak rozumie Pan jej rolę?

– Kiedy umieszczam kamerę na łodzi czy w samochodzie, pozwalam się nieść obrazom. Nie wiem, co mnie czeka. Takie kino jest żywe, bo prowadzi nas pewną drogą. Kamera narzuca mi też innego rodzaju świadomość. Kiedy płynę sobie łódką i rozmawiam z kimś, kto mi towarzyszy, powoduje to u mnie roztargnienie i nie zwracam uwagi na to, co jest wokół. Natomiast kamera pozwala mi wejść w taniec z obrazami, uwrażliwia moje spojrzenie. Jest jak zwierzę, jak kot, który obserwuje otoczenie w sposób czujny. Ale nie wszystko warto rejestrować. Kiedyś filmowałem dużo więcej, ale trzeba też odpocząć, żeby nie stępić uwagi. Kiedy bierzemy kamerę do ręki, to stajemy się politykami i poetami. Zaczynamy też myśleć o swoim życiu i opowiadać o rzeczywistości przez jego pryzmat.

Często postrzegamy kamerę jako barierę, która odgradza nas od świata. U Pana jest inaczej, bo kamera uwrażliwia.

– Zadaniem artysty jest zmieniać punkt widzenia. Zwykle podaje nam się informacje tylko z jednej perspektywy. Natomiast jeżeli patrzymy na rzeczywistość z różnych punktów, to dostrzegamy jej liczne aspekty. Ja sam jestem w głębi duszy kubistą. Ostatnio często filmuję telefonem komórkowym, bo telefony mają niesamowite możliwości techniczne. Kiedy kręci duża ekipa, zmiana punktu widzenia jest trudna. Trwa to bardzo długo i czasem pewne rzeczy umykają. Kino powinno być jak włożenie kamery w oczy kota, ptaka czy rozbieganego dziecka.

Swobodna kamera daje wiele punktów widzenia, a nasze zaangażowanie w świat jest potencjalnie nieskończone. Ale kiedyś trzeba uznać, że film jest gotowy. Kiedy Pan wie, że nadszedł ten moment?

– Rzeczywiście, pewnie nigdy bym nie skończył, bo możliwości są nieograniczone. Ale w życiu tak jest, że mamy punkty, które wyznaczają nam pewne granice. Kiedy jakiś festiwal chce pokazać mój film, muszę go skończyć. Ze spektaklami jest inaczej, bo po premierze można coś jeszcze poprawić. U mnie proces montażu trwa długo, ale to nie znaczy, że pracuję nad tym całe dwa tygodnie. Montuję w kilka dni, ale potem daję sobie tydzień i wracam do pracy, aby to przemyśleć i stawić czoło wątpliwościom. Często zastanawiam się, co ja właściwie nakręciłem. Kiedy kręcę, jestem jak dziecko, które jest rozbiegane, zajęte wieloma rzeczami naraz, nie do końca świadome tego, co robi. Ale w montażu staję się reżyserem, który stara się zrozumieć: dlaczego zrobiłem właśnie to, dlaczego czegoś się bałem. I odkrywam, że te wszystkie przypadkowe wydarzenia mają sens. W Polsce powinniście to zrozumieć, bo macie Kieślowskiego, tradycję kina przesyconego świętością, które chciało zgłębić jakąś tajemnicę. My niestety we Włoszech to zatraciliśmy. Było kino wielkich – Pasoliniego czy Antonioniego – i do tego trzeba by powrócić. Ale oni nie zostawili drogowskazów, jak przejść do tej konfrontacji z tajemnicą. Pracuję teraz nad filmem „Ewangelia”.

Chrystus nam mówi, że: jeśli nie będziecie jak dzieci, to nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Ja bym powiedział tak: jeżeli nie będziecie jak dzieci, to nie zostaniecie nigdy artystami. Technologia może pomóc nam odzyskać prostotę, drogę do świętości.

To może jest paradoksalne, ponieważ zasadniczo więzi nas też w klatce, ale możemy nauczyć się korzystać z niej inaczej. To jest też ważne z politycznego punku widzenia. Można kręcić to, co się dzieje, i nikt się nawet nie zorientuje. Można za pomocą drobnych środków robić wielkie rzeczy i angażować się w ten sposób w świat. 

Pan jednak nie ukrywa kamery.

– Nie, kiedy udaję się na przykład do obozów Romów, uchodźców czy Afrykańczyków, nigdy nie ukrywam kamery. Filmuję jawnie, patrzę im w oczy, wtedy mnie akceptują. Zresztą to widać w moich filmach. To są ludzie, którzy mają święte relacje z rzeczywistością. Czują ten przepływ, który ma miejsce, kiedy patrzymy sobie w oczy, otwierają się na mnie. We Włoszech mamy tyle piękna i bogactwa, ale to pozory. Często jestem zapraszany na kolacje i oficjalne wydarzenia, ale wcale nie mam ochoty iść tam z kamerą. Widzę, że tam nie pasuję. Bo ludzie, którzy mnie zapraszają, wydają mi się sztuczni i plastikowi. Świat kultury wysokiej pełen jest ludzi lewicowych. O prawicy już w ogóle nie mówmy, bo to są ludzie, którzy mają poglądy homofobiczne, maczystowskie, dalekie od tego, co ja myślę. Ale ta lewica, która powinna być liberalna, jest kompletnie sztuczna. Wydaje mi się, że w Polsce nie nastąpiło jeszcze takie oderwanie od życia, nie ma jeszcze takiego snobizmu jak we Włoszech czy Francji, gdzie panuje mieszczańskość. 

Rozmawiała Natalia Gruenpeter

czytaj także

zobacz także