Tamer El Said: W rewolucji nie znalazłem nic osobistego [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 28-07-2016

Kryzys na świecie będzie się nasilał, bo każdego dnia przybywa wkurzonych ludzi – przekonuje egipski reżyser Tamer El Said, autor pokazywanych w Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty „Ostatnich dni miasta”.

Urszula Lipińska: Bohater „Ostatnich dni miasta”, Khalid, jest reżyserem borykającym się z pracą nad filmem o Kairze, mieście, które kocha. Czy to są także Twoje rozterki?

Tamer El Said: „Ostatnie dni miasta” to osobisty film, ale nie autobiograficzny. Można znaleźć wiele powierzchownych podobieństw między mną i głównym bohaterem. Jego przyjaciele są moimi, jego mieszkanie to w rzeczywistości moje mieszkanie, jego matką jest moja matka. Nie chciałbym jednak, żeby tę postać odczytywano jako mnie samego. To film o człowieku, który utknął w swojej przeszłości i pamięci. Bardzo chciałby ruszyć naprzód. Robi to jednak niezwykle mozolnie, jest przygnieciony ogromnym bagażem. 

Przyjaciołom Khalida coraz bardziej ciąży trudna sytuacja w Kairze. Niektórzy z nich uciekają z miasta. Dlaczego Khalid decyduje się w nim zostać?

– Jestem bardzo przywiązany do mojego miasta, spędziłem w nim całe życie. Kair uczynił mnie tym, kim jestem. Dorastałem tu z wiecznym poczuciem zagrożenia i czyhającego za rogiem niebezpieczeństwa, z widmem wybuchu wojny. Funkcjonując w takich warunkach, tracenie ludzi i śmierć stają się codziennością, dlatego i ja nauczyłem się z tym żyć. Mam mocną więź z moim miastem. Jednocześnie nie mam żadnej relacji z moim państwem – uważam, że pewnie potrafiłbym znaleźć w sobie więcej wspólnego z kimś z Polski niż np. z moim sąsiadem. Nie wierzę w narodowości. Ludzie nic nie inwestują w bycie Egipcjaninem czy Polakiem, natomiast działają na rzecz swojej małej ojczyzny, która ich na co dzień otacza. 

Dlaczego zdecydowałeś się nie pokazywać w swoim filmie rewolucji?

– To często powracające pytanie. Od samego początku planowałem tego uniknąć – bo pewność, że coś się w końcu wydarzy, była nieodparta. Spodziewałem się, że stanę przed wyborem, czy włączyć rewolucję do filmu, czy nie. Uważam, że moment, który jest ważny z historycznego punktu widzenia dla świata, jakiegoś kraju czy społeczeństwa, rzadko udaje się z powodzeniem pokazać na ekranie. Po prostu zawsze wygląda to płasko i nie oddaje powagi chwili. 

Czy nie chciałeś pokazywać w swoim filmie rewolucji także dlatego, że gdy wybuchła, nagle wszyscy zaczęli kręcić o tym dokumenty, relacjonować zdarzenia?

– To był jeden z powodów. Przyznam szczerze, że próbowałem rejestrować uliczne zamieszki i chaos, który wybuchł. Wytrzymałem pół dnia. Miałem głębokie poczucie, że to, co robię, jest zaprzeczeniem kina. Czułem się, jakbym filmował newsy dla telewizji. Nie potrafiłem się w to zaangażować, a ponadto nie rozumiałem, co się dzieje. Nie mogłem w tych wydarzeniach znaleźć osobistego doświadczenia, z którym chciałbym podzielić się z widzem. 

Pomijając rewolucję, czy chciałeś też uniknąć osadzania filmu w kontekście politycznym?

– Wolałbym, żeby go w ten sposób nie odbierano, ale mam świadomość, że jest dokładnie odwrotnie. Nawet kiedy nie ma w nim ukazanej rewolucji. Wszystko, co robimy, jest polityczne. Jedyne, co mogłem w tych okolicznościach zrobić, to uniknąć umieszczenia mojego filmu w konkretnym politycznym kontekście, bo wtedy film staje się newsem i traci na wartości, gdy kontekst się zmienia. Wierzę, że udało mi się uratować od bycia doczesnym komentarzem. 

 

Jaką przyszłość wróżysz Egiptowi?

– Z pewnością czekają nas ciężkie czasy. Sytuacja w całym regionie jest napięta, wystarczy spojrzeć nie tylko na Egipt, ale także na Syrię czy Libię. I to będzie się nawarstwiać, bo liczba wkurzonych ludzi rośnie każdego dnia. Musimy jednak przejść przez ten czas, aby osiągnąć wolność. To długi tunel i za przejście nim zapłacimy wysoką cenę. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. W przyszłość patrzę jednak z optymizmem. Miały miejsce zmiany, których nie da się odwrócić, bo społeczeństwo zyskało świadomość i będzie walczyć o wolność, tożsamość, demokrację. Nie zmieni tego rozpowszechniana w telewizji propaganda czy populistyczne hasła. Rewolucja się nie skończy, dopóki nie zostaną rozwiązane problemy leżące u jej źródła: postulaty obywatelskiej wolności, zabezpieczenia podstawowych potrzeb czy sprawiedliwości społecznej. Jak dotąd nie osiągnęliśmy żadnej z tych rzeczy. 

Rozmawiała Urszula Lipińska

 

czytaj także

zobacz także