Wojciech Waglewski: Muzykę traktuję jak tlen [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Kuba Armata 28-07-2016

Czytałem ostatnio wywiad z jakimś polskim aktorem, który powiedział, że nie słucha muzyki, bo do niczego nie jest mu potrzebna. Byłem zaszokowany, bo to przyznanie się do jakiejś poważnej choroby. Życie bez muzyki jest jak życie bez bardzo ważnego zmysłu – mówi Wojciech Waglewski, który wraz z synami Bartoszem (Fisz) i Piotrem (Emade) zagra we wrocławskim Arsenale koncert w ramach festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Kuba Armata: Nowe horyzonty w muzyce to dla Pana ważne pojęcie?

Wojciech Waglewski: To pytanie dotyczy tęsknot związanych z uprawianiem muzyki. Z tym, że tworząc ją, otwiera się pewne drzwi. Z upływem lat często okazuje się jednak, że te nowe horyzonty są bardzo stare. To, co wydaje się najbardziej awangardowe, najgłębiej sięga do archetypów muzyki źródłowej. Choć to też odkrycie nowych horyzontów, bo jest nim każdy element, który poszerza świadomość. Nagrywając pierwszą płytę z Voo Voo, byłem absolutnie przekonany, że wymyślam zupełnie nowy rodzaj muzyki. Musiały minąć lata, żeby dojść do wniosku, że to wszystko już dawno zostało stworzone, a wymyślanie czegoś na siłę nie ma sensu. Choć muzyka opiera się na podstawowych regułach, rock jest elastyczną i otwartą formą. Czerpie ze wszystkiego, co się dzieje na świecie. To może zabrzmieć obrazoburczo, bo T-Mobile Nowe Horyzonty to nie festiwal muzyczny, ale właśnie muzyka rockowa jest dowodem na to, że cały czas trzeba być w gotowości. W definicji ma ona poszukiwanie nowych horyzontów.

Ciągłe poszukiwanie i eksperymentowanie to droga artystycznego rozwoju?

– Z pewnością. Czasami jest tak, jak w przypadku naszej płyty. Po etapie intensywnych poszukiwań nowych form zaczynam poruszać się po rejonie, który dobrze znam. Za sprawą synów wróciłem to tego, z czego wyrosłem. Te różnice pokoleniowe sprawiają, że to dla nas też są nowe horyzonty. Im pewnie sprawia przyjemność granie z człowiekiem, który pamięta, jak grało się pod koniec lat 60. A ja mogę spojrzeć na swoją wiedzę o muzyce młodymi oczami, przez pryzmat doświadczenia synów. Muzyka, którą gramy, niby jest stara, ale jest inna niż wtedy. Bardziej oszczędna, ascetyczna i znacznie spokojniejsza niż w chwili, gdy grałbym ją sam.

Czego uczycie się nawzajem od siebie? Co ojciec czerpie z muzyki synów?

– Zawsze byłem raczej przeciwnikiem takiej pokoleniowej interakcji. Wydawało mi się, że muzyka rockowa musi opierać się na buncie, niechęci estetycznej do wzorców proponowanych przez rodziców. Jeżeli ludzie starsi, z dużym doświadczeniem, zwracają się w kierunku muzyki robionej przez młodych, to może ona nabrać szlachetności, ale traci spontaniczność i czad. Są jednak stosunkowo młodzi twórcy, jak Dan Auerbach czy Jack White, zasłuchani w starych mistrzach rocka. Często widać tę wymianę doświadczeń. To fajna sprawa, jeżeli zachodzi od czasu do czasu. Nasze spotkania z synami odbyły się dwukrotnie, może jeszcze kiedyś na siebie trafimy. Pracując z nimi, uczę się tego, o czym podświadomie wiedziałem, że muzyka lat 60. była „przegadana” – solówki, niekończące się improwizacje. Mówiąc kolokwialnie, nasza praca to raczej odejmowanie – ilości dźwięków, melodii. Widzę po reakcjach ludzi, że dzięki temu przekaz muzyki jest wyraźniejszy. 

Kilka tygodni temu ukazała się płyta „Voo Voo – Suwałki Blues Festival”, będąca zapisem Waszego koncertu z tej imprezy w zeszłym roku. Willie Dixon powiedział kiedyś, że blues to korzenie, a reszta to owoce. Co Pana fascynuje w bluesie?

– Jestem z generacji muzyków, którzy zaczynali od słuchania bluesa. Był on dla mnie takim zakazanym owocem, bo w połowie lat 60. w Polsce tę muzykę niezbyt chętnie się grało i słuchało. Była jednak ważna z wielu powodów. Po pierwsze, była zupełnie inna niż to, czego wcześniej się słuchało. Po drugie, wydawało się, że jest bardzo łatwa. Oczywiście to były pozory, bo okazało się, że nie chodzi o ilość akordów, skali, ale o znalezienie własnego tonu. W pewnym momencie miałem jednak poczucie, że słuchanie bluesa jest przestarzałe, a takie festiwale jak Rawa to jakieś skanseny. Nie lubię białego bluesa, nudzi mnie. Wolę to, co leży u podstaw – czarny, miejski blues. Miałem taki czas, że odszedłem od bluesa, ale później wracałem do tych dźwięków. Nie znaczy to jednak, że chcę go grać. Bo to tak, jak granie muzyki podhalańskiej przez Afrykańczyków. Ciężko byłoby mi się w to wcielić. Ale to bardzo ważny gatunek w kontekście rocka. Jest swingujący i improwizowany. Te dwie rzeczy są dla mnie podstawą muzyki rockowej.

Muzykę traktuje Pan jako reakcję na coraz bardziej opresyjną rzeczywistość?

– Znowu temat rzeka (śmiech). Ja chyba nawet nie traktuję muzyki, bo nie mam na to czasu. Budzę się i zasypiam z muzyką. Jest dla mnie jak tlen. Nie dodawałbym do tego żadnej gęby. Mówiąc bardzo górnolotnie, muzyka jest moim życiem. Od niej wszystko się zaczyna, na niej się kończy. Czy coś za jej pomocą odreagowuję, chcę przekazać czy skomunikować się z ludźmi? Nie myślę o tym, nie spekuluję. Wstaję, słucham, ćwiczę, jadę na koncert, kładę się, znowu słucham. I tak w kółko. Wszystko jest podporządkowane muzyce. 

Łączycie też czasami muzykę z obrazem. Myślę o współpracy ze znanym animatorem Mariuszem Wilczyńskim.

– Z Mariuszem to była ciekawa przygoda, on jest elastyczny, bardzo żywo reaguje na muzykę. Podążał za tym, co graliśmy, i odwrotnie. Bardziej niż koncerty były to spektakle. Abstrahując od tego, nie jestem zwolennikiem takich akcji. Jeżeli chcę oglądać obrazki, to jadę do muzeum do Brukseli, Amsterdamu czy Berlina, a jak chcę posłuchać muzyki, to idę do filharmonii. Ciekawe jest to, że pierwsze psychodeliczne koncerty z lat 60. zaczynały się odrywać od prostej scenicznej oprawy. W ogóle największą satysfakcję dają mi małe, klubowe koncerty. Nie cierpię wielkich widowisk rockowych z telebimami. Wiem, że to niemodne, ale takie granie mnie nudzi. Stoi się w wielkiej grupie ludzi, którzy oczekują, że usłyszą mniej więcej to, co na płycie. A ja płytę wolę posłuchać w domu przy dobrym winku. Na koncercie spodziewam się rzeczy wynikających z interakcji.

Ma Pan też spore doświadczenie związane z muzyką filmową.

– Muzyka filmowa to zupełnie inna historia. Dziewięćdziesiąt procent reżyserów, których poznałem, to ludzie znający muzykę z kolorowych gazet sugerujących w tekstach, jaką płytę każdy powinien mieć na półce. Drugi typ rozmowy wiąże się już stricte z muzyką filmową. Przychodzi do mnie pan i mówi, że chciałby, żebym napisał taką muzykę jak Nino Rota do „Ojca chrzestnego”. To ja go wtedy proszę, żeby nakręcił taki film jak Coppola. Miałem kilka takich przypadków. Bywało też tak, że reżyser przynosił mi zestaw wybranych przez siebie utworów, a ja je niemalże kopiowałem, żeby był zadowolony. Kompletny kretynizm. Czasy współpracy muzyków z filmowcami, picia w SPATiF-ie, tworzenia wspólnych wartości, jak Komeda z Polańskim, minęły. Dużo sobie po muzyce filmowej nie obiecuję, zwłaszcza że często powtarza się w Polsce zdanie, że dobra muzyka to taka, której się nie słyszy. Inaczej pojmuję film. Po śmierci Nino Roty filmy Felliniego były już inne. Druga sprawa, że to zazwyczaj długi czas produkcji. Na etapie scenariusza coś mi się podoba, później nieco mniej, a końcowy efekt kompletnie mnie zaskakuje. A ja wtedy jestem gdzieś na koncertach. W zasadzie nie ma filmu, z którego do końca byłbym zadowolony. Może „Kroniki domowe” Leszka Wosiewicza. To taki reżyser, który nie kierował mnie w żadną ze stron.

Co zagracie na T-Mobile Nowe Horyzonty?

– Zaskoczę pana – nic nowego, ponieważ nic takiego nie nagraliśmy. Zagramy materiał z dwóch płyt. Nie nadają się one do tak rozległych improwizacji jak Voo Voo, ale można się nimi pobawić. Gramy to trochę inaczej. Nie staramy się niczego odkrywać, ale przekazać najlepiej to, co mamy do przekazania. Tak to raczej będzie. Chyba że wyłączą prąd i wtedy zagramy coś zupełnie innego. 

Rozmawiał Kuba Armata

 

 

czytaj także

zobacz także