„Kołysanka do bolesnej tajemnicy”: mgła niepamięci [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Jakub Dziewit 28-07-2016

„Kołysanka do bolesnej tajemnicy” Lava Diaza trwa 485 minut. Pomimo tego z pierwszego seansu wyszła tylko jedna osoba. Ci, którzy wybrali się „zobaczyć nowego Diaza” (jego filmy są już stałym elementem kolejnych edycji festiwalu), zapewne wiedzieli, że należy się spodziewać slow cinema, czyli tzw. nowohoryzontowego snuja.

W swoich dziełach filipiński reżyser nie stroni od przepięknych, trwających nawet kilkanaście minut ujęć, gdy cała akcja sprowadza się do wędrówki bohaterów przez las, od jednego boku ekranu do drugiego, albo długich, przeintelektualizowanych rozmów na poziomie, który wskazywałby na to, że ich uczestnicy powinni pod pachą trzymać Joyce’a lub – może lepiej – Prousta (czego kwintesencję mieliśmy w „Norte, koniec historii” podczas 13. edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty).

W obliczu tej – pozornej – nudy można więc zapytać, czy nie lepiej zobaczyć w tym samym czasie trzy inne filmy. Byłoby to jednak jak rezygnacja z dwudziestominutowych kompozycji muzycznych Pink Floyd tylko dlatego, że są „za długie”. 

Jest wiele zalet zwięzłości i szybkości wypowiedzi, ale niektóre dzieła – zarówno muzyczne, jak i pisarskie oraz filmowe – wymagają czasu i objętości, by w pełni pokazać (i docenić) piękno, które jest wynikiem zamierzonej złożoności. To kompleksowość sprawia, że trudno jest obrazy Diaza sprowadzić do jednej, konkretnej interpretacji. Dodajmy do tego, że jego filmy są bardzo wciągające, a ich odbiór to nie tylko oglądanie, ale bardziej doświadczenie – do tego stopnia, że kiedy film się kończy, widzowie salę opuszczają nieśpiesznie, dopiero po zakończeniu napisów końcowych, mimo że przecież w fotelach spędzili ponad osiem godzin.

To fascynujące, że filmy Diaza są uniwersalne, chociaż równocześnie mocno zanurzone w kontekście filipińskim (to przecież nie tylko nawiązywanie do historii, ale także częste łączenie planów rzeczywistego z mitycznym). W „Kołysance” poznajemy historię rewolucji mającej miejsce pod koniec XIX wieku, w trakcie której Filipińczycy próbowali wyzwolić się z ponadtrzystuletniego panowania Hiszpanów. 

Diaz znany jest z perfekcyjnego dopracowania swoich dzieł, dlatego niektórych mogą dziwić pozornie chaotyczne pierwsze dwie godziny filmu. Wydaje się to jednak świadomym zabiegiem reżysera, który nie będąc ograniczony konwencjami kina hollywoodzkiego, może przedstawić historię w sposób totalny. Pokazuje wielość perspektyw, nie ogranicza się tylko do jakiejś jednej, konkretnej. Podporządkowuje temu prawie całą warstwę formalną filmu – kiedy zestawimy ze sobą sceny pokazujące konkretne grupy społeczne (arystokrację, Hiszpanów, inteligencję, żołnierzy, wieśniaków itp.) i ich działania, to zauważymy, że nie tylko dla każdej z grup dialogi budowane są odmiennie, lecz także to, że każdej przypisany jest inny sposób kadrowania, oświetlenia, a nawet montażu i długości ujęć. Ten zabieg tłumaczy więc zarówno dopracowaną akademickość w trakcie rozmów poetów, jak i niespokojne spojrzenia zza krzaka ukazujące perspektywę przerażonego wieśniaka, czy też ujęcia sprawiające wrażenie niemal slapstickowych, gdy bezwiednie wykonujący rozkazy żołnierze gonią furmankę. 

Ta skomplikowana mozaika perspektyw postaci ważnych z tymi zazwyczaj pomijanymi wraz z upływem czasu jednak wydaje się upraszczać do trzech przenikających się wątków lub może po prostu staje się coraz bardziej zrozumiała, dając nam możliwość dostrzeżenia wspólnego dla tych wszystkich grup problemu, konfliktu, rany. 

Jednakże tym, co najmocniej łączy wszystkie wątki, jest nierealistyczny, chociaż – paradoksalnie – nierzucający się w oczy dym. Otoczone są nim zarówno wszystkie postaci, jak i widzowie. To mgła niepamięci i opium zapomnienia.

 

czytaj także

zobacz także