Melissa Dullius i Gustav Jahn: Za drzwiami sypialni [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 27-07-2016

Nie chcieliśmy zrobić smutnego filmu – mówi Melissa Dullius o „Bardzo romantycznie”, filmie, który zrealizowała wraz z Gustavem Jahnem. – Ale ludzie mówią nam czasem, że bardzo ich zabolał.

Marta Bałaga: Praca nad „Bardzo romantycznie” zajęła Wam dziesięć lat. Dlaczego trwało to aż tak długo?

Gustavo Jahn: W 2006 roku postanowiliśmy przeprowadzić się do Berlina i wtedy po raz pierwszy wpadliśmy na ten pomysł. Choć wtedy nazywał się jeszcze „Film o statku” (śmiech). Właśnie dlatego postanowiliśmy ukazać w nim podróż kontenerowcem. W 2014 roku zdecydowaliśmy, że mamy już wystarczająco dużo materiału, i wtedy zaczęliśmy myśleć o tym, jak może wyglądać jego struktura. Więc tak naprawdę dopiero wtedy zaczęliśmy nad nim pracować, bo wcześniej pochłaniały nas też inne projekty. Ale zawsze gdzieś tam w nas był i po prostu spokojnie czekał na swoją kolej.

Melissa Dullius: Scenariusz powstawał w bardzo różnych momentach naszego życia – sporą część napisaliśmy na przykład w 2010 roku. Opisaliśmy wtedy sceny, które potem znalazły się w filmie. Inne powstawały podczas naszej podróży, a jeszcze kolejne odtwarzaliśmy wiele lat później, wykorzystując animowane wstawki. Nic dziwnego, że montaż tego wszystkiego zajął nam aż czternaście miesięcy. Wiedzieliśmy jednak, że spora część filmu powinna odbywać się w jednym pokoju.

Dlaczego tak zależało Wam na tym, żeby część akcji zamknąć w sypialni?

MD: – Zawsze chcieliśmy ukazać, czym jest dla nas Berlin. I nie chodzi mi tu o ujęcia znanych zabytków jak z turystycznych pocztówek, tylko o ukazanie rzeczywistości, która z różnych względów stała się naszym udziałem. Ten pokój jest miejscem, w którym czujemy się bezpiecznie. W którym dzieje się to, o czym marzymy, albo w którym marzymy o tym, co może się stać. Kiedy ludzie przychodzą do twojego mieszkania, zwykle nie pokazujesz im swojej sypialni. A my pokazujemy w filmie tylko ją. To zabawne, bo potem w festiwalowych opisach „Bardzo romantycznie” pisano, że film zamyka się w obrębie naszego malutkiego mieszkania. A ono jest całkiem sporych rozmiarów!

GJ: – Zawsze bawiliśmy się przestrzenią. To wątek, który przewijał się już w naszych wcześniejszych projektach. Ten pokój to miejsce, w którym rozgrywa się codzienność pary, ale stanowi on też wejście do świata fantazji. Prowadzimy w tym filmie dialog. I nie chodzi mi tu o wypowiadane kwestie, ale o zabawy przestrzenią. Myślę, że ten film odzwierciedla drogę, którą wspólnie przebyliśmy. Ale nie tylko tę z Brazylii, ale też naszą drogę jako artystów. Można w nim prześledzić, jak uczyliśmy się wykorzystywać różne techniki.

Czy nie baliście się, że chcecie umieścić w filmie zbyt wiele elementów? Stosowane przez Was techniki mogły zupełnie zdominować opowiadaną historię.

GJ: – Wcześniej rzeczywiście zmagaliśmy się z wieloma wątpliwościami. Ale wszystko stało się proste, gdy postanowiliśmy, żeby zrealizować film w formie kolażu. Nie wydaje mi się, że ma zbyt wiele elementów – składają się w jedną patchworkową całość. Wiedzieliśmy, jakie tematy chcemy w nim poruszyć, ale wymyślenie warstwy estetycznej zajęło nam trochę czasu. To nie mogła być historia opowiedziana w prosty wizualnie sposób. Nasz film musiał mieć w sobie różne odcienie. Staraliśmy się dużo w nim zawrzeć, ale sama narracja jest dość prosta. To historia pary, która udaje się w podróż, a potem przeżywa kryzys w związku i próbuje uciec w świat wyobraźni. Więc eksperymenty ograniczyliśmy raczej do warstwy wizualnej.

Słyszałam, że kiedy realizujecie nowe projekty, zawsze nakładacie na siebie różne ograniczenia?

MD: – A potem je łamiemy (śmiech).

GJ: – Nie jesteśmy precyzyjni jak matematycy. Ale trzeba się czegoś trzymać, bo inaczej w montażu robi się naprawdę nieciekawie. Jedną z takich zasad było, żeby nie wykorzystywać w filmie żadnych nowych przedmiotów. Tylko to, co już wcześniej do nas należało. To film o zbieraniu wspomnień, przedmiotów. Jedyne, co je łączy, to ta dwójka ludzi.

Zaciekawiło mnie to, jak wypowiadacie w filmie kwestie. W taki beznamiętny, wręcz komicznie poważny sposób.

MD: – Nie jesteśmy profesjonalnymi aktorami i granie, zwłaszcza w innym języku, przychodziło nam dość ciężko. Może dlatego postanowiliśmy ograniczyć to do minimum. Tytuł filmu wydaje się słodki i romantyczny, ale bohaterowie okazują się chłodni. Nie chodziło nam o to, żeby być ironicznymi, tylko o to, żeby pokazać, jak postrzegamy życie. Które w większości składa się właśnie z trudnych momentów – chwile szczęścia są dość rzadkie. Nie chcieliśmy zrobić smutnego filmu, ale ludzie mówią nam czasem, że bardzo ich zabolał.

GJ: – Ma jednak w sobie trochę cierpkiego humoru. Jak zauważyła Melissa, jesteśmy samoukami. Trudno byłoby nam się zdobyć na skomplikowane interpretacje, ale może to i lepiej? Bo sami nie lubimy, gdy nasi ulubieni aktorzy są obsadzani w rolach obliczonych na zdobywanie nagród. Nie oglądamy filmów tylko po to, żeby zobaczyć, jak ktoś przykleił naszej ulubionej gwieździe plastikowy nos. Nie potrzebuję tego w kinie. Więc w pewnym sensie robimy to samo, choć chyba nie do końca świadomie.

Prezentowaliście Wasz film na festiwalu w Berlinie, teraz na T-Mobile Nowe Horyzonty. Czy dziwią Was czasem reakcje widzów?

MD: – Wciąż jeszcze nie pokazaliśmy filmu brazylijskiej widowni i jestem bardzo ciekawa tego, jak zareagują. W Berlinie film oglądało natomiast bardzo wiele osób, które nas znają. Widzą więc, co jest w nim prawdą, a co zmyśleniem. Ale najciekawsze uwagi usłyszeliśmy z ust osób, które zetknęły się z naszą twórczością po raz pierwszy. Okazało się, że ludzie potrafią identyfikować się z wieloma rzeczami, które w nim zawarliśmy. Nawet z tym, jak urbanistyka Berlina wpływa na ludzi. Mimo że wiele w nim elementów fantastycznych, blisko mu do prawdziwego życia. Albo odwrotnie.

Rozmawiała Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także