Boo Junfeng: O karze śmierci się nie dyskutuje [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 27-07-2016

Pracując nad tym filmem, zetknąłem się ze strażnikami więziennymi, którzy pół życia spędzili, odprowadzając ludzi na śmierć – mówi Boo Junfeng, autor „Praktykanta”.

Urszula Lipińska: Dlaczego zdecydowałeś się zrobić film o karze śmierci?

Boo Junfeng: W Singapurze wciąż się ją wykonuje, i to przy aprobacie większości społeczeństwa. Ludzie uważają, że gwarantuje im ona bezpieczeństwo, i nie podejmują dyskusji na ten temat. Po co zmieniać coś, co działa? Społeczeństwo idealnie sobie to zracjonalizowało, bo odsunęło problem z pola widzenia. Natomiast ja reprezentuję to niepopularne w Singapurze podejście, że powinniśmy o tym temacie rozmawiać. Kara śmierci niczego nie rozwiązuje i jest obłożona całym mnóstwem moralnych dylematów. Chciałem jak najwięcej z nich pokazać w filmie. Nie mam jednak ambicji zmieniania świata. Nie da się zmienić podejścia moich rodaków do kary śmierci za pomocą jednego filmu.

Skoro w Singapurze kara śmierci to temat tabu, to w jaki sposób penetrowałeś środowisko egzekutorów i zdobywałeś wiedzę o tym, jak oni działają?

– Nie ma żadnych oficjalnych kanałów, które umożliwiałyby skontaktowanie się z ludźmi wykonującymi wyroki. Udało mi się dotrzeć do kilku emerytowanych egzekutorów i strażników więziennych. Rozmawiałem także z rodzinami straconych w ten sposób ludzi. Wszystko osiągnąłem jedynie dzięki zaufanym przyjaciołom. Moi rozmówcy mieli mnóstwo historii do opowiedzenia. Oni spędzili pół życia na odprowadzaniu ludzi na śmierć i towarzyszeniu przy egzekucjach. Byłem wstrząśnięty, słuchając ich wspomnień.

Czy w ogóle mieli jakieś dylematy przy wykonywaniu zawodu egzekutora przez tak wiele lat?

– Wszyscy egzekutorzy zgodnie przyznawali, że nie towarzyszyła temu żadna refleksja. Uderzyło mnie w rozmowach z nimi coś innego. Jeden, dziś już emerytowany, był wręcz dumny, że mógł dokonywać egzekucji. Czuł się wtedy jak anioł, dostarczający grzesznym ludziom bezbolesnej śmierci.

W Twoim filmie pojawia się wiele technicznych szczegółów dotyczących przeprowadzania egzekucji. Która z nich najbardziej Cię zaskoczyła?

– Chyba to, że cały akt wykonywania kary śmierci jest perfekcyjną inscenizacją. Dużo zastanawiałem się nad tym, dla kogo się ją urządza. Dla strażników? Dla rodziny skazanego? Pewnym sensem posiadania w kraju kary śmierci jest używanie jej do odstraszenia ludzi od popełniania zbrodni. Tylko czy ma to jakąkolwiek logikę, skoro egzekucje nie są publiczne? Społeczeństwo powinno zobaczyć, jak straszną śmiercią jest powieszenie, bo może wtedy nie spałoby tak spokojnie. Może wtedy pytałoby samo siebie o jej sens i nie obstawało tak łatwo i bezmyślnie przy jej zachowaniu?

Jak Twój film został odebrany w Singapurze?

– Trafił głównie do młodych widzów. Wielu z nich za jego pośrednictwem w ogóle dowiedziało się, że w naszym kraju istnieje kara śmierci. Dotąd nie zdawali oni sobie z tego sprawy. Wstrząsnął mną ten poziom ignorancji, ale z drugiej strony pomyślałem: skąd oni mieliby wiedzieć, że u nas wciąż wykonuje się karę śmierci? Nikt o tym nie dyskutuje, nikt nie kwestionuje potrzeby jej istnienia, nikt specjalnie przeciwko niej nie protestuje. Ludzie podchodzą do tego tematu racjonalnie. Po prostu o nim nie myślą. Czują się w swoim państwie bezpiecznie i to jest dla nich najważniejsze. Oni nie chcą zmian.

Dlatego zależało Ci, aby główny bohater stracił ojca w wyniku kary śmierci?

– On jest w podwójnym potrzasku. Z jednej strony fascynują go kara śmierci i towarzysząca jej makabra. Z drugiej strony stracił w ten sposób ojca. Umieszczając go w takiej sytuacji, chciałem przede wszystkim pokazać, co dzieje się z rodzinami skazańców. Państwo zabija ich w imię prawa, ale nie ponosi odpowiedzialności za ich bliskich. Wiele z nich popada potem w biedę, nie potrafi się pozbierać i nie otrzymuje żadnej pomocy. Kara śmierci wyrządza dużo więcej krzywdy, niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także