Anna Biller: Moje wybory wypływają z uczuć [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Natalia Gruenpeter 27-07-2016

Nie robię komedii. Używam tej konwencji, aby wciągnąć publiczność w historię – mówi Anna Biller. Filmy amerykańskiej artystki wizualnej i reżyserki oglądać można w sekcji Trzecie Oko na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty.

Natalia Gruenpeter: Akcja filmu „Viva” rozgrywa się w latach 70., które ostatnio chętnie są przywoływane przez filmowców. Mieliśmy „Wadę ukrytą”, „Nice Guys”, serial „Vinyl”. Co jest tak intrygującego w latach 70. i co Panią interesuje w tej dekadzie?

Anna Biller: Nie wiem, co innych przyciąga do lat 70., może poczucie totalnej wolności czy dzikości, która przenikała wtedy modę, styl, kulturę. Ja zaczęłam przyglądać się tej dekadzie przez pryzmat magazynu „Playboy” i byłam zszokowana tym, jak portretowane były kobiety. Seksualizacja miała naprawdę ekstremalny wymiar. Pamiętam też, że moja starsza siostra i jej rówieśniczki doświadczały efektów tego zjawiska. To był dobry czas dla mężczyzn, ale zły dla kobiet. To wciąż jest dla mnie szokujące, dlatego chciałam nakręcić o tym film.

Jak widzowie reagują na „Vivę”?

– Zwykle ludzie się śmieją, ale publiczność na festiwalu była bardzo poważna, wydawała się zasmucona. Zastanawiając się nad tym, zdałam sobie sprawę, że ten film jest nie tylko o byciu kobietą. Jest o społecznej opresji. Jeżeli ktoś jej doświadczył, będzie mógł się do niego odnieść. W Stanach Zjednoczonych większość krytyków, mężczyzn, dobrze się bawiła, oglądając „Vivę”. Zdają się przez to mówić: jakie to urocze, że niewolnica kręci dla nas film, że daje nam przyjemność. Może publiczność w Polsce doświadcza opresji, może funkcjonuje w systemie, w którym panuje dużo reguł. Dlatego identyfikuje się właśnie z niewolnicą i inaczej reaguje na film.

We współczesnej kulturze sfera seksualności jest mniej eksponowana?

– Tak uważam. Kobiety są teraz bardziej świadome i ostrożne. Lata 70. obiecywały każdemu seksualną wolność, ale beneficjentami tej rewolucji byli przede wszystkim mężczyźni, zwłaszcza na początku. Dlatego może moje spojrzenie na ten okres jest inne niż wielu osób, zwłaszcza mężczyzn, którzy mogą odczuwać nostalgię.

Pani nie odczuwa nostalgii?

– Wcale. Z nostalgią patrzę raczej na lata 30. i 40. To czas wspaniałych filmów z silnymi kobiecymi postaciami. Lata 70. odebrały kobietom glamour, w którym była godność. Zmieniły je w nagie ciała, bez własnych zainteresowań, celów, ambicji.

Bawi się Pani filmowymi konwencjami, ale tworzy dzieła, które nie są czystymi fantazjami. W „Vivie” zderzeni jesteśmy z przemocą.

– Niektórzy uważają to za skazę filmu, która rujnuje całą zabawę. Ale ja nie chciałam zrobić komedii. Używam tej konwencji, aby wciągnąć publiczność w historię. Dobrze się bawiłam, kręcąc film o tym, jakie znaczenie mają dla kobiet fantazje seksualne. Ale czuję też odpowiedzialność, jestem realistką. Dla kobiet realizacja tych fantazji wiąże się z wieloma zagrożeniami. Chciałam to pokazać.

Sama tworzy Pani kostiumy, rekwizyty, scenografie. Czy ta potrzeba kontrolowania obrazu wynika też z pragnienia odzyskania go, wyrwania z nieprzyjaznego kobietom środowiska?

– Może tak, ale gdybym miała budżet pozwalający zatrudnić naprawdę dobrego projektanta, oddałabym część tej kontroli. Z drugiej strony, projektowanie jest też osobiste. Moje wybory wypływają z uczuć. Na przykład długo nie mogłam znaleźć brzoskwiniowego negliżu, bo szukałam odcienia, który kojarzy się z latami 70., ale który wywołuje też we mnie określone uczucie. Dla mnie to depresyjny kolor, który wiąże się z podporządkowaniem kobiety mężczyźnie. Być może inny projektant nie zrozumiałby od razu wagi, jaką przykładam do takich szczegółów. Projektowanie jest tak osobiste, jak pisanie.

Pani kino ma wywrotowy, awangardowy potencjał. Jak odnajduje się Pani w Los Angeles?

– Skończyłam w Los Angeles szkołę artystyczną, w której mieliśmy totalną swobodę ekspresji. Moja edukacja skupiała się na podejściu konceptualnym, nie narracyjnym. W sztuce wizualnej chodzi o szczegóły, dlatego każdy kolor, każda faktura mają dla mnie znaczenie. Z takim bagażem przyszłam do kina, które jest znacznie bardziej konserwatywne. Ale dzięki temu, że w Los Angeles jest rozwinięty przemysł filmowy, cała jego historia, z łatwością mogę znaleźć na przykład rekwizyty do moich filmów. Kiedy jeszcze studiowałam, wytwórnie pozbywały się tego prawie za darmo. Wydaje mi się, że w jednym z moich filmów miałam wypożyczoną ścianę z „Przeminęło z wiatrem”. Poza tym Hollywood jest moim domem, tutaj dorastałam, o tym są moje filmy.

Jakie konwencje, gatunki czy tradycje chciałaby Pani jeszcze wziąć na warsztat w kolejnych filmach?

– Coraz bardziej interesuje mnie kino europejskie, na przykład twórczość Rainera Wernera Fassbindera. Powracam teraz do filmów osnutych wokół motywu męża, który terroryzuje żonę. Takich jak „Gasnący płomień” z lat 40. czy „Marta” Fassbindera. Tym razem chcę zacząć od historii, a nie od strony wizualnej. Chciałabym więcej uwagi poświęcić właśnie narracji, klasycznie rozumianej historii.

Rozmawiała Natalia Gruenpeter

czytaj także

zobacz także