„Ostatnie dni miasta”. Świat na chwilę przed rewolucją [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 27-07-2016

Napięcie sięga zenitu, coś wielkiego stoi tuż za rogiem, nerwowość daje się wyczuć w każdym ruchu. Startujące w Międzynarodowym Konkursie Nowe Horyzonty „Ostatnie dni miasta” Tamera El Saida opowiadają o Egipcie na moment przed rewolucją, którą każdy przeczuwa.

Ten film nie mógł nie być osobisty. Tamer El Said kocha swoje miasto i nie wyobraża sobie życia poza nim. Nawet w chwili niebezpieczeństwa nie ma w nim chęci ucieczki – mimo że jego bliscy powoli zaczynają opuszczać Kair, a jego świat osobisty chyli się ku upadkowi. Jego, czyli także głównego bohatera, 35-letniego reżysera Khalida, którego tak trudno nie odczytywać jako alter ego samego twórcy filmu. Khalid przeżywa to, co zapewne przeżył sam Tamer El Said. Stara się oddać swoim kinem wielowymiarowość miasta. Wraca co i rusz z kamerą w te same miejsca, zbiera materiał, cofa się w myślach do związanych z tymi miejscami wspomnień, a nade wszystko – usiłuje nie uronić nic z mozaiki nastrojów toczących się przez Kair. Robi to chaotycznie, w sposób pełen desperacji, ale zawsze z pasją.

„Ostatnie dni miasta” to impresyjna opowieść o mieście i człowieku w przededniu wielkich zmian. Rewolucja wisi w powietrzu, wszyscy wiedzą, że coś w końcu wybuchnie, i tylko pytają siebie nawzajem: kiedy? Dziś? Jutro? Pojutrze? Tamer El Said zatrzymuje kamerę na chwilę przed tym kluczowym momentem i nie pokazuje przewrotu. Zaczął kręcić swój film dwa lata przed rewolucją, skończył – dwa tygodnie przed jej wybuchem. Potem wielokrotnie wracał jeszcze na ulice, usiłował uchwycić na taśmie nastroje tamtego momentu, ale mu nie wychodziło. Wszystko wyglądało jak telewizyjna relacja z placu boju, surowy dokument pozbawiony magii. Na dodatek wypchany dosłowną polityką. – A tego nie chciałem. Nie unikam odpowiedzialności, wiem, że mój film jest polityczny i że tak będzie odczytywany – twierdzi reżyser. – Ale pragnąłem być przede wszystkim lojalny wobec siebie i miasta, które kocham. Tkwi w nim wiele piękna, buntu, siły, gorączkowości. Dorastałem w wiecznym podziwie dla Kairu i chciałem, żeby szczególnie on, a nie doraźny polityczny interes, przebijał z mojego filmu – podkreśla Tamer El Said.

czytaj także

zobacz także