"Boris bez Beatrice": Zabawa w kino [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Piotr Czerkawski 27-07-2016

Denis Coté, jeden z ulubieńców nowohoryzontowej publiczności, od jakiegoś czasu nie bawi się już w bezkrytyczne naśladownictwo mistrzów neomodernizmu. Co najmniej od czasu „Vic + Flo zobaczyły niedźwiedzia” więcej radości zaczął czerpać z pracy na własny rachunek.

W „Boris bez Béatrice” Kanadyjczyk kontynuuje misję niemożliwą, która ma na celu udowodnienie, że w świecie aluzji, cytatów i zapożyczeń wciąż znajduje się miejsce na twórczą oryginalność. Najnowszy film Coté stanowi kolejny argument na obronę tej karkołomnej tezy. Krucjata reżysera budzi sympatię, bo nie ma w sobie rewolucyjnego zadęcia. W miejsce tego przypomina po prostu radosną zabawę w kino. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że Coté programowo stroni od poważnych tematów. Twórca z Quebecu stawia sobie za cel obronę wszelkiej maści outsiderów.

W „Borisie ” nie ułatwia sobie zadania, bo głównym bohaterem jego filmu jest niespecjalnie sympatyczny burżuj. Zamiast uczynić mężczyznę przedmiotem ostrej satyry, Coté woli dostrzec w nim jednak godną współczucia ofiarę egzystencjalnego kryzysu. Stosunek do bohatera to tylko jedno z zaskoczeń, które reżyser serwuje właściwie na każdym kroku.

Kanadyjczyk stawia siebie w pozycji iluzjonisty wyciągającego z kapelusza kolejne atrakcje i skłaniającego zblazowanego widza do wykrzesania z siebie dziecięcego zachwytu. Stąd zwyczajna codzienność zyskuje w „Borisie ” nieoczekiwany posmak surrealizmu, a pozornie pozbawiona kontekstu historia okazuje się w rzeczywistości wariantem greckiego mitu.

Będące żywiołem kina Coté zamiłowanie do łamigłówek, szarad i rytuałów reżyser skutecznie zaszczepił także własnym bohaterom. Nie bez powodu w jednej z najbardziej uroczych scen filmu spotykający się z kochanką Boris proponuje jej w ramach gry wstępnej zabawę w „Wymień stolice”. Punkt dla Kanadyjczyka: czegoś takiego w kinie jeszcze nie było.

czytaj także

zobacz także