T-Mobile Nowe Horyzonty: Pippo Delbono – artysta obecny

Urszula Lipińsk 26-07-2016

- Muszę zrobić coś niezwykłego, coś mocnego, inaczej umrę i ja – deklaruje Pippo Delbono w książce „Krew. Rozmowa między buddyjskim artystą a byłym członkiem Czerwonych Brygad, który odzyskał wolność”. Tworzy ponad granicami i podziałami w sztuce, jest bohaterem nowohoryzontowej retrospektywy, podczas której zobaczymy jego filmy, a także poświęcone mu dokumenty.

Przez ostatnie dziesięć lat Delbono uciekał. Najpierw ze swojego ładnego, acz ograniczającego liguryjskiego miasteczka Varazze. Potem od ról, w których próbował spełnić się w młodości: harcerza, ministranta, syna. Następnie od tragedii utraconej miłości, która, gdy już osiągnął z nią szczęście, zginęła w wypadku motocyklowym. Mieli być jak Rimbaud z Verlaine'm, spajani uczuciem i pasją po kres swych dni. Nie udało się. Delbono po raz kolejny musiał szukać siebie, swojego miejsca na nieprzyjaznym świecie i spokoju duszy.

 

Ekshibicjonistyczna szczerość, brzydota leżąca milimetr od piękna, śmierć stale towarzysząca życiu, niekończąca się podróż, burzliwa polityka, rodzinne dramaty – to tylko niektóre tropy pozostawione w sztuce Delbono przez życiowe doświadczenia. On sam się ich nie wstydzi. Staje czasem z boku, czasem w centrum w swojej sztuki, ale zawsze jest w niej obecny. Staje obok Ludwiga van Beethovena, Franka Zappy, Sarah Kane czy Tildy Swinton i w ich towarzystwie tka swoje kino – eksperymentujące tak z formą, jak i z treścią. Wchodzące z kamerą w sedno najniebezpieczniejszych wydarzeń, zaglądające w smutne oczy, kontemplujące obraz po tragedii.

Kino, które jest jednocześnie osobiste, ale także skore nakreślić na ekranie cały świat. Również ten brzydki i niedoskonały, w którym mieszkają byli terroryści (jak w jego „Krwi”), głuchoniemi i obłąkani („Krzyk”, „Miłość z krwi i kości”) czy umierający (spektakl „Orchidee” czy „Krew”). Świat, od którego zazwyczaj odwracamy oczy.

Prywatność autora miesza się z jego życiem artystycznym w każdym przejawie jego sztuki – od przedstawień teatralnych, przez opery po kino, którym Delbono zajmuje się od 2003 roku. To wtedy powstała „Wojna”, gdzie na ekranie zadebiutował głuchoniemy Bobo, najbliższy współpracownik i przyjaciel reżysera, jego towarzysz w cierpieniu doświadczanym przez nich obu każdego dnia. Od tego czasu, każdy następny film Delobono, ale także opera czy spektakl, to kolejny ułamek osobistego pamiętnika reżysera, nazywanego często dla porządku „pornografem bólu”. I choć z jednej strony można przyznać tej etykietce rację, z drugiej – nie sposób zignorować czułości, delikatności czy emocjonalnej siły, okazywanych przez Delbono uprawianej przez niego sztuce. Wystarczy zresztą obejrzeć choćby jeden z pokazywanych podczas retrospektywy filmów czy oper, żeby błyskawicznie przekonać się, że już sama próba zaszufladkowania go czy przylepienia mu prostej łatki musi spalić na panewce.  Do niego tak samo pasują wszystkie łatki jak nie pasuje do niego żadna.

czytaj także

zobacz także