Claire Denis: Wrażliwość przeszkadza w życiu [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 26-07-2016

Nie chcę żyć w Europie na modłę węgierską, odgradzającej się od imigrantów murem – mówi Claire Denis. Autorka „Pięknej pracy” i „25 kieliszków rumu” poprowadzi dziś Mistrzowską lekcję kina.

Urszula Lipińska: Powiedziała Pani kiedyś, że filmowanie to podróż do niemożliwego. Nadal Pani tak uważa?

Claire Denis: Miałam wtedy na myśli to, że pracując nad filmem, nie widzimy na początku zbyt dobrze miejsca, do którego się udajemy. Mamy scenariusz, przygotowujemy się do kręcenia i zaczynamy poszukiwanie sposobu na wyrażenie pewnych idei. Ale nigdy nie wiemy, co z tego wyniknie. Choć mówiąc o „podróży do niemożliwego”, chyba ujęłam sprawę aż nadto filozoficznie.

Twierdzi Pani, że woli chłonąć obrazy i dźwięki, ale mówiąc o filmach, odwołuje się Pani do filozofów, myślicieli czy pisarzy. Dlaczego?

– Nigdy nie uważałam się za intelektualistkę. Ojciec ponad książki przedkładał przygody i sport. Matka miała słabo wykształconych rodziców i najwyżej z lektur ceniła kryminały. Kiedy w szkole filmowej zaczęłam poznawać intelektualistów, weszłam w nowy świat.

Czy to w szkole filmowej utwierdziła się Pani w przekonaniu, że chce zostać reżyserką?

– Zawsze wydawało mi się, że kino jest moim życiem. Od kiedy sięgam pamięcią, chciałam robić filmy, ale obawiałam się, że mi się to po prostu nie uda. Bałam się, że nie wystarczy mi szczęścia i nie dostanę od losu szansy robienia tego, co kocham.

Czy to dlatego, że jest Pani, jak bohaterowie Pani filmów, zawieszona między siłą i kruchością?

– Celny opis mojego kina, choć tak o nim nie myślałam lub nie chciałam myśleć. Wrażliwość i kruchość przeszkadzają w życiu, trzeba ciągle udawać, że jest się silnym.

Jako nastolatka wróciła Pani do Francji. Adaptacja była łatwa?

– Wychowałam się w Afryce Zachodniej i pamiętam strach, gdy okazało się, że nie jedziemy do Paryża na chwilę. Nie chciałam iść do francuskiej szkoły. Wcześniej nie miałam obowiązków, był to więc kres wolności, którą poznałam w Afryce.

Kiedy Pani słucham, odnoszę wrażenie, że byłaby Pani w stanie zdefiniować wolność. Wie Pani, jaki ona ma smak, gdzie można ją znaleźć, jak płynie w niej czas.

– Zaczęłam wiedzieć, czym jest wolność, mieszkając w Afryce. To był bardzo szczególny czas. Kolonializm się kończył, rozpoczęły się ruchy narodowo-wyzwoleńcze i czułam, że stara historia zaraz odejdzie. Powietrze było wtedy przesycone wolnością. A potem wróciłam do Francji i zauważyłam wyraźne podziały klasowe, dzielenie ludzi na biednych i bogatych. To są problemy, które tkwią w naszym społeczeństwie zbyt głęboko, żebyśmy mogli mówić o tym, że we Francji da się żyć w wolności.

Pani kino zawsze dostrzegało multikulturowość Francji i konsekwencje tego stanu. Jak patrzy Pani na ten problem z perspektywy bieżących wydarzeń, fali imigrantów czy zamachów terrorystycznych?

– Ludzie migrują zawsze, przykładem są Polacy, pierwsi emigranci we Francji. Mieli jasną skórę, więc nie było z nimi takiego problemu. Czarnoskórzy uchodźcy z Libii, Afganistanu, Iraku czy Syrii przybywają, bo chcą przeżyć albo zabijać. I tak było od lat. Nie było to jednak dotąd zjawisko tak masowe i dramatyczne. Nie było tonących ludzi na Morzu Śródziemnym w drodze po bezpieczeństwo. Z przerażeniem patrzę na Anglików, którzy nie chcą przyjąć imigrantów z Calais. Powinniśmy jako „Wielka Europa” wykazać się inteligencją i wypracować jakieś rozwiązania. Nie chcę żyć w Europie na modłę węgierską, odgradzającej się od imigrantów wysokim murem.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także