Nanni Moretti: Lewica śmieje się z siebie [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 26-07-2016

– Mój związek z polityką nie jest trwały, często robimy sobie przerwy. Są takie lata, kiedy mocniej się angażuję, i inne, kiedy trzymam się na uboczu. Ale zawsze kiedy zabieram głos, jestem przede wszystkim obywatelem. Nie reżyserem – mówi włoski reżyser Nanni Moretti.

Marta Bałaga: Podobno zaskoczył Pana sukces, który odniosły Pana pierwsze filmy?

Nanni Moretti: Zawsze powtarzam, że tak naprawdę zrobiłem w życiu dwa pierwsze filmy. „Jestem samowystarczalny” nakręciłem kamerą Super 8 razem z przyjaciółmi. Rzeczywiście odniósł sukces, choć tylko wśród małej grupki zapalonych kinomanów. Potem, rok później, zrobiłem „Ecce bombo”, ale był to mój pierwszy film, który trafił do dystrybucji w normalnych kinach. Pierwszy, który nakręciłem z profesjonalną ekipą. Nie spodziewałem się sukcesu – do dziś zdarza mi się, że podchodzą do mnie ludzie i chcą porozmawiać o „Ecce bombo”.

Wielu uznało go za polityczny manifest. Film zaskoczył jednak widzów swoim humorem.

– „Ecce bombo” udowodnił, że moje pokolenie jest w stanie się z siebie pośmiać. W mediach opisywano nas jako zamkniętą, kierującą się dogmatami i schematami grupę. Zupełnie niezdolną do tego, by choć raz zdobyć się na uśmiech. A tu nagle pojawiły się te dwa filmy i okazało się, że włoska lewica ma poczucie humoru – niektórych bardzo to zaszokowało (śmiech).

Dlaczego tak ważne było, by podejść do najpoważniejszych problemów z dystansem? Ten wątek przewijał się potem także w Pana późniejszych filmach, choć może w nieco mniej oczywisty sposób.

– Tak postrzegam świat. Nawet kiedy realizowałem moje pierwsze krótkie metraże i opowiadałem w nich o tym, co mnie otacza – polityce, społeczeństwie, burżuazji, młodych ludziach – zawsze starałem się z nich pośmiać. Z tych naszych dziwnych zwyczajów, obsesji i frustracji. Od momentu, kiedy po raz pierwszy wziąłem do ręki kamerę, starałem się przestrzegać trzech reguł. Postanowiłem, że będę stał po obydwu stronach kamery, że będę opowiadał o moim środowisku i że będę się z niego wyśmiewał. Co tak naprawdę oznaczało, że będę śmiał się z samego siebie.

Nie obawiał się Pan zaszufladkowania przez krytykę jako twórcy zaangażowanego? I powtarzania: „O, Moretti znowu zrobił film o Berlusconim”.

– Berlusconiemu poświęciłem tylko część jednego filmu. I zrobiłem to jako obywatel, a nie jako reżyser. Słyszałaś o ruchu Girotondi? Zaangażowałem się w tę inicjatywę właśnie jako obywatel, a nie filmowiec czy, broń Boże, jakiś intelektualista. Owszem – organizowaliśmy manifestacje sprzeciwiające się rządom Berlusconiego, ale jednocześnie ostro krytykowaliśmy też opozycję. Która okazała się zbyt miękka, zbyt niezdecydowana i zagubiona, aby skutecznie walczyć z tym, co wyprawiał nasz rząd. Tej walce poświęciłem rok życia, ale mój związek z polityką nie jest trwały – często robimy sobie przerwy. Są takie lata, kiedy mocniej się angażuję, i inne, kiedy trzymam się na uboczu. Ale zawsze kiedy zabieram głos, jestem przede wszystkim obywatelem. Nie reżyserem.

„Pokój syna”, za który przyznano Panu Złotą Palmę w Cannes, jest znacznie bardziej wyciszony. Jak chciał Pan podejść do tego tematu?

– Od wielu lat pragnąłem zagrać psychoanalityka. Teraz myślę, że dobrze się stało, iż zrobiłem to tak późno. Gdybym nakręcił „Pokój syna” w latach 80., bohater byłby inny. Znacznie mniej tolerancyjny, nawet wobec własnych pacjentów. Z upływem czasu zmienił się w spokojniejszego, bardziej „ludzkiego” człowieka. Chciałem opowiedzieć o osobie, której praca polega na tym, żeby pomagać innym w cierpieniu. Chciałem zobaczyć, co się stanie, gdy jego samego spotka największa tragedia, jaką można sobie wyobrazić – utrata syna. Kiedy pisałem scenariusz, nie spotykałem się z parami, które straciły dzieci, nie szukałem materiałów napisanych na ten temat. Byłoby mi wstyd. Zamiast tego postanowiłem opowiedzieć o rodzinie, której przeżywany ból nie łączy, a tylko od siebie oddala. Dopiero później odkryłem, że zwykle tak się dzieje.

Wcześnie postanowił Pan, że będzie też grał w swoich filmach. Istnieje wtedy ryzyko, że widzowie zaczną utożsamiać to, co widzą na ekranie, z prawdziwym życiem.

– Zdaję sobie z tego sprawę, ale zawsze wydawało mi się, że to dość prymitywny ogląd kina. Nawet „Dziennik intymny” i „Kwiecień”, które nakręciłem w formie dziennika, to fikcja. Mój własny wymysł. Nie jestem w nich sobą, tylko interpretuję to, kim jest Nanni Moretti. Każdy z tych filmów wymagał ode mnie estetycznych wyborów, decyzji dotyczących scenariusza i ustawienia kamery. Widzowie mylnie biorą to, co mówią moi bohaterowie, za moje przemyślenia. W filmach odgrywam fikcyjne postaci, które czasem mają ze mną wiele wspólnego, a czasem nie.

Czy właśnie dlatego postanowił Pan, żeby główną postać „Mojej matki”, opartej na Pańskich doświadczeniach, zagrała kobieta?

– Być może. Naprawdę nie wiem, dlaczego postanowiłem tak zrobić. Od samego początku uznałem, że bohaterką tego filmu powinna być kobieta. Podobała mi się dynamika między Margheritą, jej matką i córką. Zawsze patrzyłem na tę historię oczami kobiety, choć dałem jej sporo własnych cech. To wieczne poczucie dyskomfortu i wrażenie, że nigdy nie jestem dość dobry. Że jestem w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.

I z powodu tego poczucia nieadekwatności powtarza Pan, że każdy film jest jak pierwszy?

– Kiedy zbliża się pierwszy dzień zdjęciowy, co zwykle przypada w poniedziałek, czuję się jak małe dziecko idące do nowej szkoły. Zawsze tak to odczuwałem – nawet na początku, kiedy towarzyszyła mi tylko ta nieszczęsna kamera Super 8. Plan zdjęciowy to dla mnie najbardziej wyczerpujący i stresujący etap pracy nad filmem. Rozpoczęcie montażu zawsze witam westchnieniem ulgi, bo wtedy pracuję tylko z jedną osobą, a nie trzydziestoma, czterdziestoma czy pięćdziesięcioma, które ciągle zadają mi jakieś pytania. Muszę przyznać, że wraz z upływem lat, a raczej dekad, stałem się jeszcze mniej pewny siebie. Kiedy byłem młodszy, parłem do przodu jak czołg. Miałem wytyczony cel i po prostu do niego dążyłem. Teraz już taki nie jestem.

Nic dziwnego: kiedy trenował Pan piłkę wodną, rywalizacja była dla Pana czymś normalnym.

– Byłem całkiem niezły – przez pewien czas grałem nawet w pierwszej lidze, a potem w młodzieżowej reprezentacji kraju. Potem, już jako siedemnastolatek, nagle przestałem – zaczęło mnie to nudzić i uznałem, że zabiera mi zbyt wiele czasu. Ale ta pasja gdzieś we mnie pozostała. Kiedy odkryłem kino, ponownie wróciłem do sportu. Wtedy zrozumiałem, że moje życie wcale nie musi ograniczać się do wypełnionego wodą basenu.

W filmie „Czerwony lobik” udało się Panu połączyć te dwie pasje. Oraz politykę.

– Zależało mi na tym, żeby nie był kolejną opowieścią o sytuacji, gdy problemy polityczne nagle zbiegają się z osobistymi, a bohaterowie powtarzają: „Dlaczego wciąż jesteśmy razem? Łączy nas tylko przyzwyczajenie, a tak naprawdę wcale się nie znamy”. W Polsce trzydzieści lat temu komunizm oznaczał władzę. We Włoszech – opozycję. To nie to samo. W latach 80. włoscy komuniści starali się zapomnieć o tym, kim kiedyś byli, i usiłowali sprawić, żeby zapomnieli to także inni. W rezultacie nie pamiętali o swoich błędach. Było ich sporo, ale tych dobrych rzeczy także. Dali głos tym, których do głosu nie dopuszczano. Nie chciałem robić realistycznego filmu o lewaku przeżywającym kryzys wieku średniego, więc wpadłem na pomysł, żeby nawiązać do wątku sportu i amnezji – główny bohater nie pamięta, kim jest. Jak zresztą cała lewica we Włoszech. Politycy zawsze mają bardzo ambiwalentny stosunek do własnej przeszłości. 

Rozmawiała Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także