Charles Redon: Miłość od nienawiści dzieli jeden krok [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Kuba Armata 25-07-2016

– Chciałem, by ten film powiedział coś ważnego na temat miłości. Nie polega ona na wierze, fascynacji czy pożądaniu. To kwestia podejmowania wyborów, czy zdecydujesz się zostać z kimś bez względu na wszystko – mówi Charles Redon, reżyser filmu „W Kalifornii”, pokazywanego we Wrocławiu w Międzynarodowym Konkursie Filmów o Sztuce.

Kuba Armata: „W Kalifornii” to obraz Twojej kilkuletniej relacji z kobietą. Od samego początku, kiedy zacząłeś filmować Mathilde, wiedziałeś, że powstanie z tego dokument?

Charles Redon: Nabrałem takiego przekonania dopiero w chwili, kiedy przeprowadzaliśmy się do San Francisco. To ledwie dwa lata, a dokument zawiera nagrania z sześciu. Wyjazd okazał się dobrym pretekstem do realizacji filmu. Mathilde spełniała swoje marzenia, chcąc zostać primabaleriną, a ja zamierzałem to dokumentować. Po jakimś czasie zacząłem zdawać sobie sprawę, że tracę zainteresowanie tym tematem. Dużo ciekawsza była dla mnie historia naszej relacji. I wszystkie mocne uczucia, których doświadczałem przez te lata. Miłość, pożądanie, ale też strach czy obrzydzenie. Doszło do mnie, że Mathilde robi wielki krok w kierunku spełnienia swojego marzenia, a ja stoję w miejscu. Na tym w pewnym momencie postanowiłem się skupić.

Czyli początkowo miał to być film o parze artystów?

– Od chwili, kiedy tylko spotkałem Mathilde, byłem nią zafascynowany. Także od strony artystycznej. Ciekawym doświadczeniem było to, że znajdowaliśmy się na zupełnie różnych etapach swojej zawodowej drogi. Ja dopiero zaczynałem, podczas gdy ona była już znaną tancerką baletową. Fascynowało mnie to, choć jednocześnie szybko doszło do mnie, że nie będzie to film o tańcu. Raczej o dwójce ludzi, mających obsesję na punkcie sztuki, którą uprawiają. O dziewczynie zdolnej do poświęceń, cierpienia, która ma skomplikowaną relację ze swoim ciałem. I o chłopaku, będącym w stanie zrobić wiele dla nakręcenia dobrego ujęcia (śmiech). Właśnie takich bohaterów chciałem stworzyć.

Oglądając „W Kalifornii”, mam wrażenie, że ta idea mocno ewoluowała na kolejnych etapach realizacji filmu.

– Jasne, ten film ma różne warstwy. Oczywiście to historia związku, ale też opowieść o artystach, którzy stopniowo nabywają większych umiejętności w tym, czym się zajmują. Pierwszych 20-30 minut, realizowanych tanimi kamerami, jest bardzo proste. Pokazuje pewien określony punkt widzenia, fascynację. Kiedy zorientowałem się, że Mathilde coś ukrywa, moje spojrzenie na nią oraz sposób, w jaki ją kadrowałem, uległy zmianie. Podobnie zresztą jak to, co filmowałem. Rejestrowanie swojego życia i dokumentowanie dramatu, który się wokół nas rozgrywał, było jednak też rodzajem doskonalenia się w sztuce filmowej.

Na początku filmu mówisz, że bycie świadkiem Waszego rozstania jest smutne, ale cieszy Cię, że możesz to zarejestrować. Dlaczego?

– To było dziwne uczucie. Rozstawałem się z Mathilde, ale jednocześnie miałem poczucie, że dostaję coś w zamian. Kiedy tracisz dziewczynę i tego nie filmujesz, to po prostu rozstanie. Ale kiedy tracisz ukochaną i to dokumentujesz, może to być sztuką (śmiech). Kamera podglądała tę sytuację, ale stanowiła też rodzaj tarczy. Cały dramat, w którego byłem samym środku, starałem się zamienić w coś pozytywnego. Nie tylko dla siebie. Także dla Mathilde i dla nas. Film kończy się happy endem. Był jak długie leczenie. Na końcu bohaterowie są zupełnie inni niż wcześniej. Nie tylko starsi, ale bardziej dojrzali i promienni. Chciałem, by ten film powiedział coś ważnego na temat miłości. Nie polega ona na wierze, fascynacji czy pożądaniu. To kwestia podejmowania wyborów, czy zdecydujesz się zostać z kimś bez względu na wszystko.

Realizacja „W Kalifornii” była dla Ciebie trudnym doświadczeniem?

– To bardzo bolesne kochać kogoś, a w tym samym czasie bać się tej osoby. Czujesz się wtedy rozdarty. W jednym momencie zrobiłbyś dla niej wszystko, w innym jej nienawidzisz. Takie uczucie także obecne jest w związkach, a my być może doświadczyliśmy go w większym stopniu niż inne pary. Może trudno w to uwierzyć, ale naprawdę nienawidziłem osoby, którą jednocześnie kochałem. To mnie wykańczało. Dlatego starałem się złapać w tym wszystkim jeszcze coś innego. Realizacja tego filmu pozwoliła mi dorosnąć.

Jak Mathilde do tego podchodziła?

– Wiele osób może zastanawiać się, czy ona czuła się z filmem dobrze, w końcu wiele odsłaniał, ale Mathilde bardzo go lubi. W trakcie realizacji było to jednak dość skomplikowane. Ona miała poczucie, że nie robię zbyt wiele, w efekcie straciła wiarę we mnie. Paradoksalnie, choć przez ten czas naprawdę mocno walczyliśmy, film trzymał nas ze sobą. Nawet jeżeli nie czuła się najlepiej z niektórymi rzeczami, które robiłem, rozmawiała ze mną za pośrednictwem kamery. Można powiedzieć, że kamera była dopełnieniem naszego związku. Ten film to duży dar od Mathilde. Nawet jeżeli nie rozumiała niektórych moich intencji, czuła, że coś w tym jest. Pozwoliła mi powiedzieć coś bardzo osobistego o sobie. Coś, co inni najchętniej chcieliby schować, a i ona próbowała przez długi czas to robić. Film stara się być prawdziwy nawet tam, gdzie często się kłamie czy króluje milczenie. Moim zdaniem prawda, nawet jeżeli bolesna, zawsze jest lepsza. 

Kolejne ujęcia powstawały spontanicznie?

– Ten film jest czystą obserwacją, nic na jego potrzeby nie zostało wykreowane. Co nie zmienia faktu, że realizacja filmu to budowanie napięcia. W pewnym momencie wiedziałem, dokąd chcę zmierzać, więc mogłem dyskutować z Mathilde na ten temat. Kiedy dokumentujesz swoje życie, nie jesteś pasywny. Sprawiasz, by pewne rzeczy miały miejsce, a inne wręcz przeciwnie. Myślisz o tym, co może się stać, i starasz się kreować sytuacje, które to umożliwią. Ważne są w tym wszystkim świadomość i instynkt. Nie było tu jednak scenariusza, dialogów, Mathilde nie jest i nie chce być aktorką.

Jest w filmie scena, w której Mathilde zarzuca Ci, że zamiast filmować, szpiegujesz ją. Wydaje się, że w pewnym momencie ta linia jest wyjątkowo cienka.

– Filmowanie przypomina polowanie. Podążasz za kimś i starasz się złapać go w jak najlepszym ujęciu. Nie wiem, czy jest to tożsame ze szpiegowaniem. Były takie momenty, w których rzeczywiście na Mathilde polowałem. To było interesujące z perspektywy bycia w związku. Ona prawdopodobnie wiedziała, że stać mnie na coś takiego. I w jakimś sensie dawała mi na to przyzwolenie. Nawet jeżeli robiła jakieś złe rzeczy z punktu widzenia naszej relacji, cały czas zostawiała mi kolejne wskazówki. Zupełnie jakby chciała, żebym za nią podążał i ją śledził. Jak w grze, tylko prowadzonej na serio. Taka mała wojenka, testowanie granic. Chodziło o to, żeby pokazać, jak daleko jestem w stanie się posunąć. To wiele mówi o nas samych.

Z dzisiejszej perspektywy jest coś, czego żałujesz?

– Nie, nie żałuję niczego. Ten film jest dla mnie cudem i nie chodzi mi tu wcale o jego jakość. Było tyle powodów, dla których to wszystko mogło się nie udać. Gdy nie planowałem, że nagrane materiały wykorzystam do filmu, podświadomie coś mnie w tym kierunku pchało. Tak jak wspomniałem, przez pierwsze cztery lata związku permanentnie filmowałem Mathilde, bo byłem nią zafascynowany. Jej ciałem, tym, jaka jest silna i jak pięknie wygląda na scenie. Kiedy teraz widzę mój film na różnych festiwalach, to dla mnie magiczny moment. Na jego realizację nie dostałem od nikogo pieniędzy. Produkowałem go samodzielnie, z pomocą mamy (śmiech). To bardzo osobisty i „kruchy” projekt. Także z perspektywy odbiorcy. Wiem, że niektórzy go po prostu odrzucą, ale rozumiem to. Jest w tym filmie scena konfrontacji, kiedy mówię Mathilde, że widziałem ją z innym mężczyzną. Wiele osób przekonuje mnie, że podobna sytuacja w ich związkach zdarzała się wiele razy i zawsze chcieli ją uchwycić. Ja to zrobiłem. Ta scena jest kwintesencją całego filmu.

Rozmawiał: Kuba Armata

czytaj także

zobacz także