"24 tygodnie": Policzek dla radykałów [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Piotr Czerkawski 25-07-2016

Choć „24 tygodnie” zostały zrealizowane za naszą zachodnią granicą, trudno o opowieść, która lepiej wpisywałaby się w rozpalające ostatnio Polaków spory polityczne.

 Dzieło Anne Zohry Berrached mogłoby posłużyć za znakomity komentarz do forsowanego ostatnio przez rządzących pomysłu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Film młodej niemieckiej reżyserki to siarczysty policzek wymierzony zadowolonym z siebie patriarchom, którym marzy się zmuszanie kobiet do heroizmu.

Przy tym wszystkim „24 tygodnie” znacząco wyrastają jednak ponad poziom natrętnej agitki. W historii bohaterów rozważających aborcję obciążonego poważną wadą genetyczną płodu nie istnieje czarno-biały podział na dobre i złe decyzje. Wręcz przeciwnie, reżyserka z każdą chwilą coraz bardziej komplikuje sytuację i mnoży etyczne wątpliwości. Nieustannie stoi jednak na straży przysługującej Astrid i Markusowi wolności wyboru, która wiąże się jednak także z koniecznością zmierzenia się z jego konsekwencjami.

O talencie Berrached świadczy choćby zaprezentowana przez nią umiejętność obrony zuchwałego konceptu fabularnego.

Podobnie jak Hirokazu Koreeda w „Jak ojciec i syn”, Niemka bierze na warsztat schematy typowe dla łzawego melodramatu po to, by następnie uszlachetnić je i zamienić potencjalny kicz w dzieło sztuki. Zamiar ten może powieść się głównie dzięki właściwiej reżyserce wrażliwości na szczegół.

Bardzo istotne znaczenie dla specyfiki „24 tygodni” zyskuje choćby wybór zawodu głównej bohaterki. Uczynienie z Astrid (Julia Jentsch) wziętej komiczki estradowej automatycznie wprowadza do filmu zbawienny dystans i poczucie humoru. Jednocześnie jednak profesja kobiety podkreśla charakteryzującą ją na początku opowieści niedojrzałość. Powolny proces wychodzenia z niej wzbogaca „24 tygodnie” o wymiar terapeutyczny.

Berrached pozostawia nas z krzepiącą świadomością, że życiowe trudności mogą okazać się impulsem do zmian na lepsze.

czytaj także

zobacz także