„Serce psa”: W poszukiwaniu straconego czasu [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 25-07-2016

Po prawie trzydziestoletniej przerwie nowojorska artystka Laurie Anderson ponownie sięga po kamerę, by opowiedzieć o miłości swojego życia i jedynej relacji, której nigdy nie towarzyszył żal i poczucie winy. I nie, bynajmniej nie chodzi tu o jej zmarłego przed trzema laty męża Lou Reeda.

Przypominające trochę amatorskie nagrania wideo „Serce psa” – które niedawno prezentowano na festiwalu w Wenecji – to nie tyle film, ile esej; zszywany z najróżniejszych skrawków materiału patchwork zawodnej pamięci. Bawiąc się formą i treścią, Anderson zastanawia się w nim nad sposobem, w jaki psy postrzegają świat, by już po chwili przejść do filozofii Wittgensteina, niefortunnego sloganu amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, zasad buddyzmu czy własnej relacji z matką. Strumień świadomości płynie tu tak wartko, że omal nie występuje z brzegów.

Anderson nigdy nie traci jednak z oczu tego, co najważniejsze.

Narracja reżyserki, zupełnie jak jej legendarny głos, jest pełna czułości – zwłaszcza kiedy skupia się na zwyczajach wymuskanych czworonożnych mieszkańców West Village lub opowiada o postępującej ślepocie swojej terierki Lolabelle, która na starość zaczęła nawet grać na keyboardzie.

„Serce psa” to także dokument życia w społeczeństwie wolno dochodzącym do siebie po atakach 11 września. Spacerująca po ulicach poranionego miasta Anderson usiłuje odnaleźć się w niezrozumiałym do końca świecie, w którym kamery rejestrują każdy krok, a obywateli, zupełnie jak za czasów naszej komuny, zachęca do tego, żeby na siebie wzajemnie donosili.

Pozornie nieskomplikowana opowieść o wieloletnim związku z psem okazuje się wycieczką w poszukiwaniu straconego czasu. Wspomnieniem o ludziach, którzy odeszli, i autoportretem odkrywającym więcej, niż mogłoby się wydawać.

W końcu, jak zauważył kiedyś z przekonaniem Jules Winnfield w „Pulp Fiction”, pies ma osobowość. A to bardzo wiele zmienia.

czytaj także

zobacz także