Ulrike Ottinger: Staję, gdy widzę piękno [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 24-07-2016

– Warto młodemu człowiekowi dać pierwszy schodek do poszerzania horyzontów – twierdzi Ulrike Ottinger, niemiecka reżyserka.

Urszula Lipińska: Podróżuje Pani, aby kręcić filmy, czy też kręci Pani filmy, aby podróżować?

Ulrike Ottinger: To wiąże się nierozerwalnie. Najdawniejsi nomadowie przemieszczali się z miejsca na miejsce, w każdym odkrywając nowe okno do piękna. Staram się tak podróżować – przystawać z kamerą wszędzie, gdzie widzę piękno. Na tym polega sztuka.

Czytałam w jednym z wywiadów stwierdzenie, że chce Pani przenieść na ekran dosłownie wszystko, co widzi. Jak selekcjonuje Pani nakręcony materiał?

– To trudne. Przy ostatnim, „Cieniu Chamissa”, spędziłam w montażowni 15 miesięcy. Zastanawiałam się, która rozmowa jest najbardziej interesująca, która scena zasługuje na to, żeby trafić do filmu. Spędzam mnóstwo czasu na testowaniu różnych możliwości i nie mogę znaleźć zadowalającej mnie wersji. Montaż to ważny etap pracy. Im będzie precyzyjniejszy, tym bardziej spójny film stworzę.

Czy po tak wielu podróżach potrafi się Pani jeszcze zachwycić światem?

– Tylko w ten sposób mogę robić filmy. Gdziekolwiek pojadę, zawsze coś znajdę. Kręcąc „Cień Chamissa”, natknęłam się na kobiety snujące historie niczym słuchowiska. Kiedy w ich opowieści wiał wiatr – momentalnie coś szumiało w rzeczywistości. Na Kamczatce, po długiej wędrówce, musieliśmy przenocować na siedmiometrowym pokładzie popiołów, z którego było widać niesamowity krajobraz. Wokół panowała cisza, jakby wszystko umarło. Spędziłam wiele czasu, zastanawiając się, jak oddać to piękno, które wówczas rozwijało się przed moimi oczyma.

„Cień Chamissa” nawiązuje do konceptu człowieka poszukującego tożsamości. Co ją definiuje?

– Z jednej strony budują ją rzeczy, na które nie mamy wpływu: kraj, w którym się rodzimy, narodowość czy płeć. Ale do tego dochodzi wszystko, co zdobywamy w drodze doświadczenia. Można powiedzieć, że formujemy tożsamość samodzielnie. Miałam szczęście wychowywać się w niezwykłej rodzinie. Za młodu nie podróżowałam, ale w naszym domu bywało wielu znakomitych artystów, dużo też czytałam. Miałam dostęp do biblioteki, nikt mi nigdy nie zabraniał czytania wybranych książek. Warto dać młodemu człowiekowi pierwszy schodek do poszerzania horyzontów. Podsunąć książkę, obraz, zabrać go w podróż. Drobiazg może go pchnąć w szeroki świat i pozwolić budować tożsamość na podstawie tego, czego nie dostał od losu.

Co dla Pani było tym schodkiem?

– Nie potrafię wymienić konkretnego doświadczenia. Z dzieciństwa zapamiętałam szczególną atmosferę rodzinnego domu. Mieszkaliśmy w Konstancji, 10 minut od granicy ze Szwajcarią. Po wojnie wszyscy znajomi, którzy wracali z emigracji do Francji, zatrzymywali się u nas. Artyści, intelektualiści. Dzięki ich obecności mogłam przysłuchiwać się wspaniałym rozmowom o polityce, sztuce. Nikt nie miał wtedy nic, każdy był ubogi. Ale poczucie wspólnoty było tak fantastyczne, że z sentymentem wspominam je do dziś. Otworzyło to mnie na obcych i wzbudziło ciekawość drugiego człowieka. Spowodowało także, że odbyłam we własnej głowie wiele pięknych podróży, jeszcze zanim sama zaczęłam jeździć po świecie.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także