Mike Ott: Aktor nas wykorzystał [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 24-07-2016

– Chcieliśmy nakręcić ten film, bo Arthur interesował nas jako człowiek. Ale kiedy stanął przed kamerą, okazało się, że to kompletny szaleniec – mówi Mike Ott, współautor filmu „Aktor Martinez”.

Urszula Lipińska: Jak poznałeś Arthura Martineza, bohatera filmu, który nakręciłeś z Nathanem Silverem?

Mike Ott: Spotkałem go pierwszy raz w 2010 roku na festiwalu filmowym w Denver. Byłem tam wtedy z moim filmem. Arthur był kierowcą pracującym dla festiwalu i odbierał mnie z lotniska. W ciągu dwudziestominutowej podróży do hotelu opowiedział mi całe swoje życie. Mówił o tym, jak rozwiódł się z żoną, jak bardzo chciałby zostać aktorem, jak trudno mu się wybić w branży i że właściwie zatrudnił się przy tym festiwalu, żeby poznawać reżyserów. Całą drogę zastanawiałem się, kim do cholery jest ten koleś? Dwa lata temu na ten sam festiwal pojechał mój przyjaciel Nathan Silver. I jego też Arthur odbierał z lotniska. To on wtedy zaproponował Nathanowi, żeby zrobił o nim film. Taki krótki metraż, w który Arthur zainwestuje własne pieniądze i który stanie się wizytówką pomagającą mu zdobywać role w prawdziwych filmach.

Dlatego „Aktor Martinez” stał się ostatecznie pełnoprawnym, pełnometrażowym filmem?

– W projekt włączyli się organizatorzy festiwalu w Denver, którzy są także producentami. Oni zebrali trochę kasy i postanowiliśmy wspólnie zrealizować pełny metraż. Nathan i ja mieliśmy ten film wyreżyserować, ale gdy tylko klamka zapadła, zaczęły się problemy. Arthur chyba się przestraszył pomysłu i zaczął nas unikać. Najpierw nie odbierał telefonu, potem twierdził, że jest zbyt zajęty. Ja w międzyczasie chciałem zrezygnować z projektu, ale Nathan się uparł – bo on jak już na coś się nastawi, to nie wyobraża sobie, że mógłby tego nie zrobić. Więc przycisnęliśmy Arthura i w końcu udało się go ściągnąć na plan.

Czy to był koniec Waszych kłopotów z Arthurem?

– To był ich początek. Kiedy Arthur wreszcie zjawił się na planie, zaczął zachowywać się nieznośnie. Wszystko, co wcześniej uznaliśmy w nim za ciekawe – wyparowało. Nie dało się z nim pracować. Posadziliśmy go przed kamerą i zaczęliśmy zadawać pytania. Na każde odpowiadał: „nie wiem” albo „nie pamiętam”, czym oczywiście idealnie rujnował nam film. Nie wiedzieliśmy, co począć. W końcu włączyliśmy samych siebie do filmu. Stanęliśmy nie tylko za, ale także przed kamerą, i próbowaliśmy to wszystko spiąć.

Czy choć przez chwilę pomyślałeś, że Arthur jest dobrym aktorem i ma przed sobą naprawdę wielką karierę?

– Nie, nigdy. Nie podjęliśmy decyzji o kręceniu tego filmu, bo uznaliśmy, że on naprawdę ma talent, który warto pokazać. Chcieliśmy to nakręcić, bo on nas interesował jako człowiek. Ale kiedy tylko Arthur stanął przed kamerą, okazało się, że to kompletny szaleniec.

Zwykle po branży krążą historie o aktorach wykorzystanych przez reżyserów, tymczasem Wy przeżyliście zupełnie odwrotną historię.

– Tak, to aktor nas wykorzystał. To maniak. Na światowej premierze filmu Arthur stał na końcu sali kinowej i popijał cały seans wino z wielkiego dzbana. Stał za rzędem, w którym siedziało dwóch prominentnych krytyków filmowych czujących jego oddech na plecach. Potem obaj opowiadali mi, jak dziwnym przeżyciem było dla nich tkwić między Arthurem na ekranie a Arthurem na żywo. Kompletnie nie mogli się skupić na oglądaniu filmu.

Wiesz, co teraz robi Arthur? Udaje mu się grać w filmach?

– Nie wiem. Dziwi mnie, że nie ma go tu, we Wrocławiu. Dotąd jeździł absolutnie na każdy festiwal, na którym pokazujemy „Aktora Martineza”. Ostatni raz widziałem go jakiś czas temu, kiedy byłem w Denver. Zatrzymałem się na jeden dzień w jego mieszkaniu. Wszystko wciąż wyglądało w nim tak samo, jak wtedy, kiedy kręciliśmy film. Meble stały w tych samych miejscach, w których ustawiliśmy je na potrzeby kręcenia. W lodówce walała się ta sama żywność – poukładana dokładnie tak samo, jak wtedy. Wydało mi się to naprawdę depresyjne.

Po nakręceniu tego filmu patrzysz inaczej na pracę z aktorami? Masz więcej wiedzy, jak unikać współpracy z niewłaściwymi ludźmi?

– Prawda jest taka, że o ile bardzo lubię pracować z aktorami, o tyle uważam, że większość z nich to upierdliwi psychopaci. Myślę, że bierze się to z tego, iż wielu ludzi rwie się do tego zawodu z błędnych pobudek. Chcą być aktorami, bo ich zdaniem to daje sławę i kasę. Sztuka ich nie obchodzi. A to strasznie płytkie i smutne podejście.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także