Wypowiadamy się wspólnie – jako Leo Gabin [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Natalia Gruenpeter 24-07-2016

Zapuszczamy się w czułe punkty Internetu, na jego podbrzusze – mówią artyści tworzący pod pseudonimem Leo Gabin. Ich film „A Crackup at the Race Riots” bierze udział w Konkursie Nowe Horyzonty.

Natalia Gruenpeter: Pracujecie jako kolektyw pod pseudonimem Leo Gabin. Jak powinnam podpisywać Wasze wypowiedzi?

Leo Gabin: Nie ma dla nas znaczenia, kto co powiedział. Wypowiadamy się wspólnie – jako Leo Gabin. Również w sztuce, w pracach, które tworzymy razem. Nie traktujemy autorstwa w sposób indywidualny.

Dlaczego zdecydowaliście się pracować w ten sposób?

– Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie pracowaliśmy osobno. Zaprzyjaźniliśmy się w szkole średniej, później zajmowaliśmy się projektowaniem graficznym, ale nie chcieliśmy kontynuować pracy w tym obszarze. Zaczęliśmy eksperymentować z malarstwem, sitodrukiem, wideo, zebranymi przedmiotami. Później pomyśleliśmy, że potrzebujemy pseudonimu. Ale nie nazwy grupy, tylko właśnie imienia i nazwiska, które dawałoby poczucie, że to, co robimy, mogła stworzyć jedna osoba.

To interesujące w kontekście filmu „A Crackup at the Race Riots”, który tak głęboko zakorzeniony jest w sieci.

– W wielu zamieszczanych w Internecie treściach chodzi o jednostkę, która wyraża samą siebie, chce być dostrzeżona, chce mieć głos. Nawet jeżeli ktoś wypowiada się na jakiś konkretny temat, w gruncie rzeczy zaczyna opowiadać o sobie. Nigdy nie odczuwaliśmy tej potrzeby, żeby zaistnieć w sieci. Ale przyglądamy się temu, bo to dla nas fascynujący materiał. Może pracując jako Leo Gabin i zrzekając się indywidualnego autorstwa, podświadomie występujemy przeciwko temu naciskowi na jednostkę.

Wasz film jest oparty na powieści Harmony'ego Korine'a. Skąd pomysł na adaptację tego tekstu?

– Wcześniej realizowaliśmy już krótkie filmy i któregoś dnia dostaliśmy maila od Harmony'ego, któremu spodobały się nasze prace. Tak zaczęliśmy współpracować, ale też na nowo powracać do tego, co zrobił Harmony, między innymi do książki. Nie ma w niej tradycyjnej, linearnej fabuły ani głównych bohaterów. To fragmenty, które przypominają trochę funkcjonowanie Internetu, w którym nieustannie przełączasz się pomiędzy treściami, klikasz w nowe linki. Najpierw zrobiliśmy fragment filmu, pokazaliśmy go Harmony'emu, a on zgodził się na wykorzystanie całej książki.

Jak pracujecie z materiałami znalezionymi w sieci? Szukacie konkretnych obrazów albo filmów czy raczej podążacie za linkami?

– To działa w dwie strony. Ważne dla nas było coś, co powiedział nam Harmony – że chociaż jego książka nie opowiada tradycyjnej historii, zawsze wyobrażał sobie, że akcja rozgrywa się na Florydzie. Potraktowaliśmy to jako filtr i szukaliśmy filmów z Tampy, Jacksonville, Orlando. Później dokonywaliśmy wyborów opartych na estetyce, pasujących wizualnie do atmosfery książki, która jest w pewnym sensie bardzo poetycka. Wiele filmów oddawało klimat znudzenia, smutku, ale też wyrażało obsesję na punkcie idoli, celebrytów, kultury popularnej. Interesowały nas także te filmy, które nie były zbyt popularne. Czuliśmy, że zapuszczamy się w czułe punkty Internetu, na jego podbrzusze.

 

Ton filmowi nadaje też ścieżka dźwiękowa. Jak powstawała?

– Często remiksowaliśmy oryginalny dźwięk. Ale w filmie są także skomponowane przez nas utwory, które modyfikowaliśmy, rozciągaliśmy, spowolnialiśmy. Dwie piosenki przesłał nam Harmony Korine eksperymentujący z muzyką. Z kolei fragmenty jego książki zamieściliśmy w filmie w formie napisów. Każdy z tych elementów jest w filmie zrównany, aby zachować ciągłość i nastrój.

Rozmawiała Natalia Gruenpeter

czytaj także

zobacz także