Grzegorz Fortuna: Na kino z innej perspektywy [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 24-07-2016

– W naszej kulturze kino ma być przede wszystkim sztuką. Na wszystkie elementy komercyjne spoglądamy z góry – mówi Grzegorz Fortuna, zwycięzca XX Konkursu o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka. – A przecież w kinie giallo czy spaghetti westernach można znaleźć bardzo ciekawe rozwiązania formalne, które nie pojawiały się w filmach artystycznych z tego okresu.

Marta Bałaga: W XX Konkursie o Nagrodę im. Krzysztofa Mętraka otrzymałeś Grand Prix. Zaskoczyła Cię wygrana?

Grzegorz Fortuna: Bardzo. Po raz pierwszy wysłałem moje teksty do tego konkursu, a piszę o kinie od dziesięciu lat. Kiedy miałem piętnaście lat, pewnego dnia postanowiłem, że napiszę kilka recenzji, i wysłałem je do takiego małego czasopisma o horrorze. Nazywało się „Czachopismo”.

Taka polska Fangoria?

– To była bardzo sympatyczna inicjatywa. Napisałem im, że mam dwadzieścia lat, i do dzisiaj chyba nie zorientowali się, że kłamałem (śmiech). Tak to się zaczęło. Poza tym jako dziecko prowadziłem zeszyt z opiniami, które z dzisiejszej perspektywy były raczej śmieszne, ale zawsze była to jakaś wprawka. Wiedziałem, że chcę mieć coś wspólnego z kinem. Nie wiedziałem tylko, od której strony.

Podczas festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty zdecydowałeś się zaprezentować „Odgłosy” Daria Argento. Filmy giallo są dla Ciebie bardzo ważne. Dlaczego?

– W naszej kulturze kino ma być przede wszystkim sztuką. Na wszystkie elementy komercyjne spoglądamy z góry. A przecież w kinie giallo czy innych gatunkach włoskiego czy francuskiego kina rozrywkowego popyt na nie był tak duży, że ich producent wiedział, że bez względu na to, co w nich zaprezentuje, film i tak się sprzeda. Zwłaszcza jeśli będzie miał odpowiedni plakat i przynajmniej jedną gwiazdę w obsadzie. Dlatego stojący za nimi reżyserzy mogli pozwolić sobie na bardzo wiele. Dzięki temu to kino, które wciąż jest traktowane jako pewna egzotyka, stanowi niezbadany w gruncie rzeczy grunt. Podobnie jest ze spaghetti westernem, bo w dyskursie filmoznawczym jedynym autorem, który jest akceptowany, jest tak naprawdę Sergio Leone.

A innych, nawet tak interesujących jak Sergio Corbucci, zwykle się pomija.

– Właśnie. A przecież jeśli bliżej przyjrzeć się filmom kręconym przez innych reżyserów, można tam znaleźć bardzo ciekawe rozwiązania formalne, które nie pojawiały się nawet w filmach artystycznych z tego okresu. Albo prześledzić w nich czyjąś strategię autorską. Dario Argento, który wyreżyserował „Odgłosy”, jest właśnie takim reżyserem – zrobił film, który byłby nowatorski nawet dzisiaj. Wykorzystuje metodę, która dopiero wchodzi do nomenklatury, i opisuje się ją jako „hauntologię”. Odnosi się głównie do gatunku muzycznego, który czerpie z dźwięków dzieciństwa swoich odbiorców. Czyli na przykład w przypadku dzisiejszych trzydziestolatków w Polsce byłoby to „Domowe przedszkole”. Po czym wprowadza do tego świata coś niepokojącego. W „Odgłosach” zastosował bardzo podobną strategię.

Podobno jego główną inspiracją była bajka o „Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach.”

– Oraz „Alicja w krainie czarów” (śmiech). Po czym zrobił z tego krwawy horror. Ta strategia budowania grozy, polegająca na tym, że bierze się coś, co widz pamięta z dzieciństwa jako coś bezpiecznego i niewinnego, i dodaje do tego makabrę, wydaje mi się bardzo skuteczna. Ten film bywa śmieszny, bo efekty specjalne czy dubbing zdecydowanie nie są na najwyższym poziomie. Ale nawet kiedy się śmiejesz, jest w nim coś niepokojącego. Zapuszcza wirusa grozy do świata dzieciństwa.

Takie samo wrażenie można odnieść, oglądając „Coś za mną chodzi”, o którym pisałeś. W tym filmie nie można po prostu zamknąć drzwi – ucieczka przed zagrożeniem staje się właściwie niemożliwa.

– Od kilku lat panuje moda na lata 80. W kinie często przejawia się ona w takich bezmyślnych hołdach, jak na przykład „Kung Fury”, który przetwarza pewne charakterystyczne motywy i udaje zapis z taśmy VHS. To czysty recykling. W „Coś za mną chodzi” ujęło mnie to, że ten film bierze na warsztat slasher, czyli bardzo prymitywny gatunek, i opowiada historię będącą zupełnie nową propozycją w gatunku. Dla mnie to film o strachu przed dorastaniem. Niewielu twórców potrafi tak wykorzystać nostalgię i stylistykę sprzed lat. David Robert Mitchell to przykład twórcy, o którym będzie bardzo głośno za parę lat. Jego film wymusza na widzu duże skupienie uwagi. Można go obejrzeć jako horror o dziewczynie, którą coś próbuje zabić, ale jeśli zwróci się uwagę na różne subtelne elementy, widać, że to film kogoś, kto chciał opowiedzieć o czymś konkretnym i wiedział, jak się do tego zabrać.

Wspomniałeś o taśmach wideo – opowiedz mi o inicjatywie VHS Hell.

– To grupa, której założycielem jest Krystian Kujda – dołączyłem do nich mniej więcej dwa lata temu. Krystian od ponad dziesięciu lat kolekcjonuje kasety wideo z upadających wypożyczalni. Kiedyś wpadł na pomysł, żeby zorganizować publiczny pokaz tych filmów, i utworzyła się wokół tego spora grupa fanów – mamy teraz do swojej dyspozycji salę na pięćset osób i zawsze jest pełna. W Polsce odbiór filmów skupia się wokół dwóch biegunów. Jednym z nich jest kino artystyczne, drugim blockbustery – nigdy nie chcą ze sobą współpracować. Brakuje u nas tego, co w Stanach nazywa się obiegiem kultowym. Film staje się wtedy pretekstem do spotkania towarzyskiego i do poznania wycinka kinematografii, który jest może absurdalny, ale ma w sobie coś, co pozwala miło spędzić czas. Chcemy to zmienić.

Kino kultowe ma w sobie sporo ironii. W uzasadnieniu werdyktu napisano, że nagrodę przyznano Ci między innymi za „ironiczne spojrzenie na krytykę filmową”. Myślisz, że wynika ono z tego, że lubisz kino, które sytuuje się gdzieś na obrzeżach?

– Doceniam kino wielkich mistrzów, ale napisano już o nim tak wiele. Mnie interesują raczej rzeczy, które są nieco zapomniane. Dlatego ciągnie mnie w stronę kina giallo czy kaset wideo – mogę je samodzielnie zinterpretować. Zależy mi na tym, żeby moje teksty miały w sobie dystans i żeby dopasowywać ich konwencję do tematu. Kiedy czytasz recenzje, od razu zauważasz, jak wiele się w nich powtarza: ludzie stosują kalki myślowe, których znaczenia nawet nie sprawdzają. Piszą, że „Quentina Tarantino można kochać lub nienawidzić”. To zdanie nic nie znaczy! Chciałem je trochę obśmiać i pokazać, że lepiej z nich nie korzystać. Może stąd to ironiczne podejście. Kiedy coś zostało już napisane z tysiąc razy, wcale nie oznacza to, że trzeba się z tym zgodzić. Na kino zawsze można spojrzeć z innej perspektywy.

Rozmawiała Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także