Michał Puchała, Muchy: Fala, która powraca jak bumerang [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 24-07-2016

– Zawsze powtarzam, że Muchy to dobry cover band – śmieje się Michał Puchała z zespołu Muchy, który postanowił sięgnąć po utwory z legendarnego filmu „Fala” Piotra Łazarkiewicza.

Marta Bałaga: Podczas festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty zagracie utwory z płyty „Powracająca FALA”, które trzydzieści lat temu złożyły się na ścieżkę dźwiękową dokumentu Piotra Łazarkiewicza. Skąd ten pomysł?

Michał Puchała: W ubiegłym roku podczas festiwalu w Jarocinie przypadła okrągła rocznica powstania dokumentu Piotra Łazarkiewicza. Organizatorzy festiwalu w Jarocinie wpadli na pomysł, żeby zagrać utwory z tego filmu. Potem cały koncert został zarejestrowany i pojawiły się perspektywy, żeby zacząć jeździć z tym po Polsce. No i pojeździliśmy (śmiech). Nikt z nas nie spodziewał się, że tak się to rozwinie.

Zdziwiło Was to, z jak pozytywną reakcją spotkał się ten projekt? Gdy po raz kolejny bierze się na warsztat utwory, z którymi ludzie wiążą tyle wspomnień, bywa bardzo różnie.

– Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, na co możemy sobie pozwolić, a na co nie. Wszystkie te numery niosą za sobą ogromny ciężar historyczny. Myślę, że punktem newralgicznym okazał się właśnie ten pierwszy występ w Jarocinie. Wchodziliśmy na scenę jako ostatni zespół, a przed nami grały Nowe Sytuacje – czyli Republika bez Grześka Ciechowskiego. I oni, i my graliśmy „Moją krew”. Mieliśmy świadomość, że publiczność będzie wymagająca.

Czy praca nad utworami, które nie są Wasze, pozwala na większą zabawę? Można spojrzeć na nie z większym dystansem?

– Mieliśmy wystarczająco dużo czasu na to, żeby wycyzelować te piosenki. Praca nad nimi dawała nam sporo frajdy. Włożyliśmy w to dużo roboty, bo materiał zaczynaliśmy przygotowywać na parę miesięcy przed występem. Już wtedy pozwalaliśmy sobie na to, żeby zagrać kilka utworów na koncertach i zobaczyć, jak reagują na nie ludzie. Zobaczyć, jak to funkcjonuje w warunkach scenicznych. W przypadku projektu takiego jak ten trzeba wyznaczyć sobie na początku granicę, której nie można przekroczyć, ale którą trzeba osiągnąć. I w miarę możliwości trzymać się tych wytycznych.

Do których utworów nie chcieliście się zabierać?

– Wyglądalibyśmy bardzo pokracznie w jakimś takim punkrockowo-heavymetalowym garniturze. Ale już utwory Madame czy Aya RL, pierwszych zespołów Roberta Gawlińskiego i Pawła Kukiza, mają w sobie wystarczająco dużo przestrzeni, by można było się w niej łatwo poruszać. Dla nas była to przygoda i możliwość zmierzenia się z piosenkami, z którymi wcześniej mieliśmy do czynienia wyłącznie jako słuchacze. Zawsze powtarzam, że Muchy to świetny cover band. Czasem nawet lepiej wychodzi nam granie cudzych utworów niż własnych.

Jak podchodziliście do tych aranżacji? Żeby to ciągle był ten sam utwór, ale jednocześnie miał w sobie coś nowego?

– Wiele rzeczy wynikało z naszych możliwości wykonawczych i idącej za nimi świadomości, jakimi kolorami dysponujemy. Dołożyliśmy parę brakujących farb i zaczęliśmy malować. Myślę, że aranżacje są na tyle współczesne, że można zainteresować tymi utworami młodych ludzi, którzy nie mają prawa pamiętać tamtych czasów, przy okazji nie podpadając tym, którzy dobrze pamiętają oryginały. Trzeba było znaleźć taki złoty środek.

Który utwór okazał się najtrudniejszy do okiełznania?

– Najtrudniejsza była chyba właśnie „Moja krew”. Utwór, który tekstowo i „oddechowo” jest bardzo trudny. Każdy utwór wymagał sporego zaangażowania. W filmie „Powracająca FALA”, który jest konsekwencją i puentą wszystkich naszych ubiegłorocznych jarocińskich wydarzeń, Walter Chełstowski, opowiadając o Grzegorzu Ciechowskim, powiedział, że gdyby śpiewając, dał on z siebie pięć procent więcej, umarłby na scenie. Dlatego ta piosenka była dla nas sporym wyzwaniem. Każda z nich zresztą nim była. Ale myślę, że dzięki temu projektowi wspięliśmy się na zupełnie inny poziom współpracy.

Jarocin, który pokazał w filmie Piotr Łazarkiewicz, to inny Jarocin niż ten, który sami pamiętacie. Zaskoczyło Was coś w tych wypowiedziach?

– Cała otoczka tamtego pierwszego filmu trochę powraca w dzisiejszych czasach. I sytuacja, choć zupełnie inna, zaczyna być nagle bardzo podobna – także ze względów politycznych. Można było zrobić z tego materiału laurkę i wydać koncertowe DVD. Ale wydarzenia, które w międzyczasie zaszły w Polsce, i poważna zmiana politycznych konfiguracji w kraju sprawiły, że pytania zadane przez Łazarkiewicza wracają jak bumerang.

Dlaczego wydaje Ci się, że realizacja tego projektu wpłynęła na Wasze relacje?

– Nasz zespół funkcjonuje specyficznie – chociażby dlatego, że wszyscy mieszkamy w innych miastach. Spotykamy się na próbach tylko wtedy, gdy gramy jakiś koncert. Podczas pracy nad tym projektem byliśmy długo i regularnie razem. Otoczyliśmy się dodatkowymi instrumentami i każdy z nas zaczął wykorzystywać nowe środki wyrazu. Teraz możemy skorzystać z tego doświadczenia i uszczknąć coś dla siebie. Dlatego też postanowiliśmy zamknąć temat „Fali”, zagrać koncert na T-Mobile Nowe Horyzonty i zabrać się do nowej płyty. Która, mam nadzieję, ukaże się już w przyszłym roku.

Rozmawiała Marta Bałaga

Koncert „Powracająca FALA” odbędzie się 25 lipca o godz. 22 w Arsenale

czytaj także

zobacz także