Tomasz Wasilewski: Ten film dojrzewał razem ze mną [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 23-07-2016

– Kino widziało już wszystko, więc w filmie wyjątkowe może być to, co my jako twórcy do niego włożymy – mówi Tomasz Wasilewski, autor „Zjednoczonych stanów miłości”. Film nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz jest pokazywany w sekcji Panorama Gala. 

Urszula Lipińska: „Zjednoczone stany miłości” opowiadają o samotności, cierpieniu w miłości, zawiedzionych nadziejach. W jakiej kondycji kończysz film, spędzając w takiej atmosferze dwa czy trzy lata?

Tomasz Wasilewski: Z każdego filmu wychodzę wyczerpany i połamany. Przeżywam emocje każdego z bohaterów, bo robię kino, które jest szczere ze mną. Nie kłamię w nim, nie udaję innej wrażliwości. Kino ma sens, dopóki mogę w nim myśleć po swojemu. Ta dziedzina sztuki widziała już wszystko, więc w filmie wyjątkowe może być to, co my jako twórcy do niego włożymy. Każdy z moich filmów jest osobisty. Lubię kino, z którego nie mogę się otrząsnąć, i takie też sam chciałbym robić.

Nagrodzony na tegorocznym Berlinale scenariusz „Zjednoczonych stanów miłości” powstawał dziesięć lat. Co się przez ten czas wydarzyło - z tekstem i z Tobą?

– Teraz interesują mnie inne rzeczy niż wtedy, gdy miałem 25 lat. Tekst dojrzewał razem ze mną. Wcześniej był mocniej osadzony w „moim hardcorze”, był bardziej radykalny. „Zjednoczone stany miłości”, mimo że pozostawiam bohaterki w jeszcze trudniejszym położeniu niż postacie w „Płynących wieżowcach”, są już nieco innym filmem. Zresztą gdybym dziś robił „Płynące wieżowce”, główną postacią byłaby Sylwia, bo dziś dla mnie to dużo ciekawsza postać. Głównym tematem mojej twórczości jest samotność w relacji z drugą osobą, w atmosferze bliskości z drugim człowiekiem. Jeden z wątków „Zjednoczonych stanów miłości” opowiada o małżeństwie z 15-letnim stażem. W pierwszych wersjach scenariusza ta historia wyglądała zupełnie inaczej niż ostatecznie w filmie. Teraz interesuje mnie to, co dzieje się między ludźmi w związku, w którym bohaterka ma wszystko: kochającego męża, pracę, dom, przyjaciółkę – a mimo to jest potwornie samotna, tonie. 

Po raz kolejny na pierwszym planie w Twoim filmie pojawiają się kobiety. Podobno kiedy siadasz do scenariusza, mimochodem piszesz „ona”.

– To nie jest żadna kalkulacja. Robię kino integralne ze mną, wiele rzeczy podsuwa mi intuicja. Być może kobiety interesują mnie bardziej i podświadomie czuję, że dzięki nim mogę sięgnąć głębiej, bo tkwi w nich jakaś tajemnica. Myślę, że o mężczyznach opowiedziałbym w podobny sposób. Każda z postaci wychodzi ze mnie i z mojej emocjonalności. Moje filmy to wymyślone historie, ale uczucia moich bohaterek to moje uczucia. One robią rzeczy, które ja mógłbym zrobić.

Konsultujesz wiarygodność zachowania swoich bohaterek z kobietami? 

– Nie mam w zwyczaju robienia researchu emocjonalnego. Kiedy piszę, muszę się odciąć od wszystkiego i zamknąć w świecie moich bohaterów. Budzę się z nimi wtedy każdego dnia i myślę o nich nieprzerwanie. Nawet kiedy nie piszę scenariusza, cały czas coś sobie notuję albo zapisuję jakieś szczegóły w telefonie. Mam w nim mnóstwo SMS-ów z notatkami, które sam do siebie wysłałem. Oczywiście później, kiedy pojawiają się aktorki, korzystam z ich intuicji i robię bardzo dużo prób. One są potrzebne nie tylko im, ale także mnie, bo pozwalają mi zobaczyć postacie w aktorkach. 

Jak doszło do Twojej współpracy z Olegiem Mutu?

– Marzyłem o pracy z nim, od kiedy zobaczyłem „Śmierć pana Lazarescu”. Z Olegiem udało mi się skontaktować przez dyrektora artystycznego Transilvania International Film Festival – miałem tam wcześniej w konkursie dwa filmy, za „Płynące wieżowce” dostałem nagrodę za reżyserię. Oleg poprosił o scenariusz i referencje. Tekst bardzo mu się spodobał, więc sama sytuacja przebiegła dosyć szybko i łatwo. Dopiero potem, kiedy zacząłem z nim współpracować, zobaczyłem te codziennie napływające do niego scenariusze i nieprzerwanie dzwoniących do niego reżyserów z całego świata. Oleg przyjechał do Warszawy, nakręciliśmy trzy próbne sceny i dopiero po tym powiedział, że zrobi ze mną ten film. Zaufaliśmy sobie i od razu wiedzieliśmy, że w taki sam sposób myślimy o kinie, szukamy w nim takich samych rzeczy – choć szukamy ich zupełnie innymi drogami. 

Czy jako autor scenariusza nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem wyobrażasz sobie napisanie tekstu dla innego reżysera?

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ja zawsze pisałem, żeby reżyserować. To, że będę robił filmy, wiedziałem zawsze. Kiedy byłem dzieckiem, wydawało mi się, że zostanę aktorem, bo wtedy nic związanego z filmem, co nie dzieje się za kamerą, nie miało znaczenia. Dopiero później zacząłem sobie zdawać sprawę, że jest dokładnie na odwrót. Kiedy już wiedziałem, że ma to być reżyseria, każda moja decyzja dotycząca edukacji czy pracy miała mnie zbliżyć do zrobienia filmu. Nie wiem, co innego mógłbym robić, jeśli nie reżyserować. Nigdy nie istniała w mojej głowie żadna alternatywa.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także