Paweł Łoziński: Miłość kryje różne emocje [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 23-07-2016

– Powierzenie obcemu człowiekowi swojej historii uważam za fantastyczny krok, nawet gdyby to miało niczym nie zaowocować – mówi Paweł Łoziński, autor dokumentu „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”.

Urszula Lipińska: Czy „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham” jest rewersem Pana poprzedniego filmu „Ojciec i syn”?

Paweł Łoziński: Ten film wydaje mi się raczej ciągiem dalszym „Ojca i syna”. Dla mnie był szansą przyjrzenia się dobrej rozmowie z udziałem psychoterapeuty, która może prowadzić skonfliktowanych ludzi do dogadania się i porozumienia. Bohaterki filmu przyszły na terapię, bo najwyraźniej wyczerpały wszystkie możliwości samodzielnego poradzenia sobie z trudną sytuacją. A przecież ta sytuacja dotyczy wielu rodzin, a może nawet każdej rodziny, bo pod słowem „miłość” kryją się różne emocje. Nie są to tylko emocje pozytywne. To także złość, żal czy poczucie ulegania jakiemuś szantażowi. 

Dlatego tej „dobrej rozmowy” zdecydował się Pan poszukać właśnie w gabinecie psychoterapeuty?

– Początkowo chciałem zrobić film o mediacjach rozwodowych, narzędziu, które pomaga ludziom rozwieść się w taki sposób, żeby nie skrzywdzić zwłaszcza obecnych w rodzinie dzieci. Nie udało mi się jednak znaleźć bohaterów. Z pomocą znajomej psychoterapeutki przekształciłem pomysł i zdecydowałem się nakręcić dokument o psychoterapii. Znam ją trochę z autopsji i uważam, że warto pokazać ludziom te rozmowy – na zachętę, żeby nie bali się z tej możliwości korzystać, gdy im samym będzie ciężko. 

A czy bohaterkom filmu obecność Pana i kamery pomagała?

– Nie sądzę, żeby kamera sama w sobie mogła w jakikolwiek sposób pomóc. Starałem się przede wszystkim im nie przeszkadzać. Robiłem casting do filmu i zapraszałem ludzi od terapii innej niż prawdziwa – terapii z kamerą. Oni otrzymują wyciągniętą rękę i pomoc od psychologa, a to, że my to nakręcimy, może ich dodatkowo wesprzeć w ich staraniach. Kręcąc ten film, ani przez chwilę nie miałem poczucia, że robię bohaterom krzywdę czy że coś od nich wyciągam, a potem nie jestem w stanie tego domknąć. Wiedziałem, że mamy pomoc psychoterapeuty, biorącego odpowiedzialność za przebieg sesji.

Zaczynając pracę nad tym filmem, nie mógł Pan wiedzieć, jaki rezultat przyniesie terapia. Ale czy w duchu liczył Pan na pozytywną relację między bohaterkami?

– Udało nam się sfilmować proces zachodzący między nimi i mam wrażenie, że na początku, kiedy one przychodzą do gabinetu, reagują na siebie dużym napięciem. One nie potrafią ze sobą rozmawiać. Ale po tych czterech czy pięciu sesjach mur między nimi wyraźnie został ukruszony. Bohaterki mają już inny wyraz twarzy, mniej napięcia w sobie z sesji na sesję. Powoli pozbywają się wzajemnego żalu, pretensji. Pewne słowa zostały wypowiedziane, a żal wyrzucony. Moim zdaniem widać, że będzie im już trochę łatwiej porozumieć się ze sobą.

A czy pozytywnym przesłaniem tego filmu nie jest już samo to, że bohaterki idą na terapię i chcą pracować nad łączącą je relacją?

– Tak, oczywiście. Już gotowość takiego spotkania jest odwagą. Samo powierzenie obcemu człowiekowi swojej historii uważam za fantastyczny krok, nawet gdyby to miało niczym nie zaowocować. 

Fakt, że uznajemy ich ruch za odważny, wynika także z tego, że psychoterapia nie jest w Polsce popularnym sposobem radzenia sobie z problemami. Jak Pan uważa, dlaczego tak jest?

– Myślę, że przejawia się w naszym społeczeństwie opór do wynoszenia z domu swoich brudów. Dla ludzi to jest nie do przyjęcia. To może się wiązać z naszą osobowością lub religią i jej dogmatami. Sprawy rodzinne załatwia się w rodzinie i nie mówi się o tym obcym. Ale uważam, że to się powoli zmienia. Ludzie już czują, że są inne możliwości docierania do samego siebie niż spowiedź u księdza. Można porozmawiać z terapeutą czy pomedytować, każdy może na to znaleźć swój sposób. Mnie akurat zaciekawiła psychoterapia, bo to jest taka podróż do ludzkiego wnętrza i czegoś, co mnie w kinie najbardziej interesuje – emocji poukrywanych w środku i tajemnicy tkwiącej w człowieku. 

Co Pan osobiście wyniósł z pracy nad tym filmem?

– Zrozumiałem, że ludzie są do siebie bardzo podobni. Funkcjonują między nami schematy krzywdzącej miłości albo poczucia winy, z powodu których krzywdzimy naszych bliskich. W tych kłopotach, które mamy, idąc przez życie, jesteśmy bardzo podobni niezależnie od płci, wieku czy koloru skóry. One są uniwersalne dla nas wszystkich i udało się tego dotknąć w filmie.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także