Wojciech Staroń: Dramaturgia utkana z małych gestów [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Urszula Lipińska 23-07-2016

Wierzę, że film ma możliwość odbicia przeszłości w teraźniejszości – mówi Wojciech Staroń, twórca nagrodzonego na festiwalu filmowym w Locarno dokumentu „Bracia” oraz autor zdjęć do „Świtu” Laili Pakalniny.

Urszula Lipińska: Czy już od pierwszego spotkania z braćmi Kułakowskimi wiedział Pan, że kiedyś nakręci o nich film?

Wojciech Staroń: Nie. Alfonsa i Mieczysława spotkałem po raz pierwszy w 1994 roku. To były inne czasy. Wtedy nie można było tak po prostu zrobić filmu, bo kamery nie były specjalnie dostępne. W zasadzie zacząłem robić „Braci” dopiero, kiedy pojawił się tańszy sprzęt i można było bez dużego budżetu po prostu wziąć kamerę, gdzieś pojechać i zrealizować film.

 Obserwował Pan braci Kołakowskich przez wiele lat. Dlaczego zdecydował się Pan jednak stworzyć film niesięgający do ich burzliwej przeszłości?

– Można było zrobić coś, co ja zresztą uczyniłem: nakręcić długie wywiady, w których oni opowiadają o swoim życiu – życiu niezwykłym i niesamowitym. Tylko że wtedy wychodzą słuchowiska radiowe, które nie mają nic wspólnego z filmem. Dlatego zacząłem dążyć do opowiedzenia o nich właśnie poprzez obserwację ich w czasie teraźniejszym. Wierzę, że film ma możliwość odbicia przeszłości w teraźniejszości i przeszłe wydarzenia widzimy na twarzach bohaterów, w ich gestach czy ich otoczeniu.

Bracia Kułakowscy, podobnie jak Pan, wielokrotnie zmieniali miejsce zamieszkania, musieli zaczynać wszystko od zera. Czy to także połączyło Pana z nimi?

– Tak. Kiedy myślałem o konstrukcji filmu, to jednym z wątków, który mnie inspirował, było to, że oni któryś raz w życiu muszą zacząć wszystko od nowa. Sytuacja im się kolejny raz zeruje i podejmują kolejną próbę odbudowy swojego świata. Zaczynałem ten film w momencie, kiedy Alfons i Mieczysław mają prawie 80 lat i przyjeżdżają z Kazachstanu do Polski. Kończyłem – kiedy bracia tracą wszystko w pożarze domu i znowu muszą się odrodzić.

Jak przez ten długi czas pracy nad filmem zmieniała się jego koncepcja wizualna?

– Dobrze, że to tak długo trwało – okazało się to dobre dla historii i dla mnie samego. Kiedy zaczynałem robić ten film, przyjąłem, że kamera będzie się zachowywała bardzo „reportersko”. Będzie trzymała się blisko bohaterów, podążała za ich ruchami i gestami, szukała akcji i wydarzeń. W taki sposób nakręciłem „Argentyńską lekcję” i myślałem, że ten film zrobię podobnie. Ostatecznie zdecydowałem się na inną formę. Po pierwsze: obserwowałem w kadrze dwóch braci jednocześnie, po drugie: oddaliłem się od nich, patrzyłem na nich z dystansu. Z tej spokojnej obserwacji wyławiałem małe gesty i to one tworzyły dramaturgię filmu. Choć oczywiście są w nim także bardzo dynamiczne wydarzenia, takie jak pożar domu czy wystawa w Brukseli.

Nic z obserwacji nie ma w sobie „Świt” Laili Pakalniny, do którego realizował Pan zdjęcia. Co urzekło Pana w tym projekcie?

– W „Świcie” bardzo zainspirował mnie język wizualny wymyślony przez reżyserkę filmu. Laila Pakalnina miała precyzyjną koncepcję obrazu, ruchu kamery, światła, rytmu i inscenizacji. Wcześniej zazwyczaj podporządkowywałem obraz aktorom czy bohaterom. Tutaj było odwrotnie: wszystko podporządkowaliśmy obrazowi. Taka praca od drugiej strony była równie ciekawa i pozwoliła osiągnąć nieco inny wizualny język – może trochę trudniejszy, bardziej koncepcyjny, ale niesamowicie ekspresyjny.

 Opowieści o czym ten szczególny wizualny język miał służyć?

– Laila chciała pokazać świat swojego dzieciństwa. Opowiadając o czasach sowieckich, świadomie nie chciała używać ani języka rosyjskiego, ani angażować rosyjskich aktorów. Osadziła akcję na Łotwie i czerpała głównie z siebie i ze swoich wspomnień. Na przykładzie swojego kraju chciała pokazać dramatyczną historię i to, że nie ma czegoś takiego jak naród dobry i zły. W ludziach jedno miesza się z drugim i nic nie jest czarno-białe.

Rozmawiała Urszula Lipińska

czytaj także

zobacz także