„Mr. Gaga”. Taneczna teoria wszystkiego [RECENZJA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Kuba Armata 23-07-2016

Przed kilkoma laty serca widzów na całym świecie podbił film Wima Wendersa, którego bohaterką była znana niemiecka tancerka i choreografka Pina Bausch. Nie mam wątpliwości, że spektakularny sukces „Piny” powtórzy „Mr. Gaga” w reżyserii doświadczonego izraelskiego dokumentalisty Tomera Heymanna. Powiedzieć, że to dobry film, to tak, jakby nic nie powiedzieć. 

Bohaterem dokumentu Heymanna jest jeden z najbardziej ekscentrycznych i oryginalnych współczesnych choreografów Ohad Naharin. Dyrektor artystyczny słynnego Batsheva Dance Company i człowiek, który stworzył własny język tańca, tytułową Gagę. Mocno związaną z jego osobistymi doświadczeniami, ale mającą też wymiar uniwersalny. Bo jak mówi Naharin, chodzi w niej przede wszystkim o radość płynącą z tańca, ale i o wydobycie pierwiastka zwierzęcego, który drzemie w każdym z nas. Od pierwszych scen czuć, że mamy do czynienia z postacią niezwykłą. Z mężczyzną równie utalentowanym, co pewnym siebie. Obdarzonym tak dużą charyzmą, że pracujący z nim tancerze skoczyliby za nim w ogień. Zresztą w pewnym sensie jesteśmy tego świadkami, w chwili, gdy jedna kontrowersyjna decyzja Naharina wywołuje w Izraelu potężną polityczną zawieruchę.

Choć Heymann serwuje nam życiorys Naharina w pigułce – od dzieciństwa w kibucu, przez wojnę Jom Kippur, nowojorskie występy pod okiem Marthy Graham po trudny powrót do Izraela – „Mr. Gaga” jest czymś znacznie więcej niż dokumentem biograficznym sensu stricto. To opowieść o gorzkiej cenie sukcesu, ale i o sile ludzkiego charakteru. O upadaniu i podnoszeniu się z kolan, co zdają się ilustrować kolejne przejmujące choreografie. Największą siłą filmu Heymanna jest to, że swoją szczerością i bezpretensjonalnością potrafi on zainteresować ludzi, dla których taniec współczesny to jakaś odległa galaktyka. Myślę sobie, że trudno o większy komplement dla dokumentu. 

 

czytaj także

zobacz także