Paulo Cesar Toledo: Nie należy oceniać książki po okładce [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Kuba Armata 23-07-2016

 – Mimo tego, że Beyoncé w tym filmie nie występuje, wysłaliśmy dokument do jej managementu, bo pomyśleliśmy, że może ją zainteresować. Na razie nie ma żadnego odzewu. Półżartem, mam tylko nadzieję, że niczego nie zablokuje – mówi Paulo Cesar Toledo, reżyser filmu „Czekając na B”, który pokazywany jest w ramach Międzynarodowego Konkursu Filmów o Sztuce.

 

Kuba Armata: Jeden z bohaterów Twojego filmu mówi, że artystów nigdzie nie traktuje się tak jak w Brazylii. Kolejka, która ustawia się na dwa miesiące przed koncertem, wydaje się to potwierdzać. Takie sytuacje zdarzają się częściej?

Paulo Cesar Toledo: To fenomen związany przede wszystkim z koncertami gwiazd muzyki pop. W telewizji czy gazetach można było znaleźć materiały o dzieciakach rozbijających obozy i koczujących na długo przed daną imprezą. Zawsze zastanawiało mnie, co sprawia, że się na to decydują. Sam postrzegam się jako fan muzyki, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby coś takiego zrobić. Sytuacja, o której opowiadamy, miała miejsce trzy lata temu. Zobaczyłem w gazecie artykuł o tym, jak grupa fanów urządziła sobie pod stadionem w Sao Paulo mały obóz. To była druga połowa lipca, a koncert miał się odbyć 15 września. Abigail, która jest współreżyserką, a prywatnie moją żoną, zasugerowała, że powinniśmy to sprawdzić. Myśleliśmy o zrealizowaniu jakiegoś klipu na YouTube, a w najlepszym wypadku krótkiego dokumentu. Poszliśmy tam, wzięliśmy ze sobą kamerę i zakochaliśmy się w tych ludziach od pierwszego wejrzenia. Byli czarujący, zabawni, niesamowicie charyzmatyczni i oryginalni. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się wracać. I tak zleciało aż do dnia koncertu.

Zaskoczyła Cię siła tego fandomu? Zazwyczaj na koncert czeka się kilka godzin, a ci więksi zapaleńcy koczują przez jeden dzień.

– Z pewnością. Wydaje mi się, że mieliśmy dużo szczęścia, że chodziło właśnie o Beyoncé, bo jej fani, przynajmniej w Brazylii, to dość szczególna grupa. Dziewięćdziesiąt procent osób będących w kolejce to byli młodzi mężczyźni, a zdecydowana większość z nich – homoseksualiści. Koncert stał się katalizatorem spotkania młodych, ubogich osób o określonej orientacji seksualnej, które każdego dnia na wielu płaszczyznach doświadczają uprzedzeń. Tworząca się na naszych oczach wspólnota była niezwykłym zjawiskiem. Bo jeżeli chcielibyśmy zrobić dokument społeczny na taki temat, to pewnie nigdy nie spodziewalibyśmy się, że materiału do tego dostarczy nam koncert Beyoncé. Zaczęliśmy od dokumentu o grupie ekstremalnych fanów, ale szybko przeszło to w opowieść o ludziach wykluczonych, którzy budują na dwa miesiące wioskę, akceptują się nawzajem i są ze sobą szczęśliwi.

Czym dla nich był ten koncert?

–  Pod koniec filmu widać dobrze, że koncert to tak naprawdę taki słodko-gorzki moment. Z jednej strony nagroda, bo pewnie żaden z nich nie liczył, że będzie tak blisko swojej idolki, a dzięki kolejce mieli miejsca tuż pod sceną. Z drugiej strony bycie częścią tego obozu stanowiło prawdziwe zobowiązanie. Przecież ci ludzie mieli pracę, studia, swoje sprawy do załatwienia. Mimo to musieli być na miejscu dwa, trzy razy w tygodniu, żeby nie wypaść z kolejki. A że stadion jest oddalony od centrum, niektórym z nich dojazd tam zajmował nawet dwie godziny. Kiedy to wszystko się skończyło, widać było duży smutek. Stracili konkretny, namacalny powód, dla którego się spotykali i tworzyli tę społeczność. Choć pewnie mają ze sobą kontakt za pomocą social mediów.

Świat mediów społecznościowych jest zresztą obecny w Twoim filmie. Dlaczego?

– Bo w dużej mierze właśnie w ten sposób się ze sobą komunikują. Początkowo chciałem pociągnąć ten temat w filmie jeszcze bardziej. Wydaje mi się w ogóle, że wirtualny obóz wciąż istnieje. Siła i oddziaływanie tego wydarzenia były naprawdę duże. Jestem przekonany, że gdyby Beyoncé znowu przyjechała na koncert do Brazylii, mielibyśmy powtórkę z rozrywki. To artystka, która dla tych ludzi stanowi symbol siły i walki. Jako Afroamerykanka oraz mocna i odnosząca sukcesy kobieta.

Twoi bohaterowie chcieli podzielić się swoimi historiami. Czy trzeba ich było do tego przekonywać?

– W zasadzie w ogóle nie musieliśmy tego robić. To byli najbardziej otwarci ludzie, jakich mogliśmy sobie wyobrazić jako dokumentaliści. Poza tym przywykli do kamer. Dla sporej części z nich to nie był pierwszy taki obóz. Zatem mieli świadomość, że może pojawić się ktoś z kamerą i nakręcić krótki materiał do telewizji. Nowe dla nich było to, że w przeciwieństwie do innych wracaliśmy. Po trzecim czy czwartym razie przestali na nas patrzeć jak na filmowców. Byliśmy po prostu dwiema kolejnymi osobami w obozie.

Trudno było zdobyć ich zaufanie?

– Rzeczą, z której byliśmy naprawdę dumni, było to, że szybko wniknęliśmy w tę społeczność. Być może dlatego, że całą ekipę tworzyłem tylko ja i Abigail. Dzięki temu byli naturalni przed kamerą. Choć początkowo trochę się przed nią popisywali, przez co niektóre sceny wyglądały na ustawiane. Szybko jednak przestali się nią przejmować. I byli sobą.

Byli podekscytowani, kiedy okazało się, że kręcicie większy dokument?

– Zdecydowanie, choć nie znam ich opinii na temat filmu, bo jeszcze go nie widzieli. Będzie pokazywany na festiwalu w Brazylii we wrześniu, ale na pewno wcześniej zorganizujemy dla nich specjalny pokaz. Pamiętam jednak, że ilekroć na naszym Facebooku pojawiał się jakiś nowy post, zwiastun czy coś w tym rodzaju, robili sporo szumu (śmiech). Mam nadzieję, że dokument im się spodoba, bo to taki pozytywny portret ich podróży.

 

W Twoim filmie jest scena konfrontacji z kibicami piłkarskimi, którzy przybyli właśnie na mecz. Jakie emocje temu towarzyszyły?

– Na pewno niczego nie ułatwiał im fakt, że koncert Beyoncé miał się odbyć na stadionie piłkarskim, więc właśnie pod nim koczowali. Obawiali się homofobicznych ataków, zwłaszcza że dwa razy w tygodniu były mecze. A wiadomo, że kibice piłkarscy kojarzą się raczej z kulturą maczyzmu. Podczas meczów musieli rozbierać obóz i przenosić go na drugą stronę ulicy. To były dla nich chwile pełne napięcia. Wiązało się to z doświadczeniami z innych obozów. Wcześniej zdarzały się ataki, rzucanie w nich różnymi przedmiotami, obrażanie. To pewien paradoks, bo w naszym dokumencie opowiadaliśmy o pasji. I choć dotyczy ona czegoś innego, sposób celebrowania idoli muzycznych czy piłkarskich jest dość podobny.

Kultura maczyzmu jest mocno reprezentowana w Brazylii?

– Tak, Brazylia to tradycyjny, konserwatywny kraj. Zwłaszcza Sao Paulo. Chciałbym wierzyć w to, że jest lepiej niż jakiś czas temu, ale nie jestem co do tego przekonany. Każdy dzień daje nowe dowody braku tolerancji. Młodym ludziom, którzy chcą się ujawnić, nawet przed rodziną, wciąż nie jest łatwo. Są bardzo odważni. Podziwiam w nich to, że w ogóle nie użalają się nad sobą. Spotyka ich wiele trudności, które muszą pokonywać, ale w filmie nie zobaczysz, jak narzekają na swój los. Starają się po prostu cieszyć życiem, licząc, że nikt nie będzie im mówił, jacy mają być. Ci ludzie to świetni organizatorzy, a mało kto to dostrzegał. Stanowią dobry dowód na to, że nie należy oceniać książki po okładce.

Rozmawiał Kuba Armata

czytaj także

zobacz także