Carlos Saura. O polityce przez muzykę [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga, realizacja filmu: Magdalena Felis, Łukasz Kurek 22-07-2016

– Nie dzielę moich filmów na muzyczne i polityczne. Zrobiłem ich w życiu tyle, że trudno byłoby mi dokonać tak prostych podziałów – mówi Carlos Saura, który po raz pierwszy przyjechał do Polski

Marta Bałaga: Pana ostatni film „Argentyna, Argentyna” opowiada o muzyce tego kraju. Co Pana w niej zafascynowało?

Carlos Saura: Argentyna, jak zresztą wszystkie kraje iberoamerykańskie, tak naprawdę nie różni się aż tak bardzo od Hiszpanii – łączy nas przecież bardzo wiele. Nasza historia i sztuka wciąż przeplatają się jak kroki w tangu. Wierzę w to, że muzyka jest ważna, bo tylko ona pozostaje. Jej korzenie sięgają wyjątkowo głęboko, nawet wtedy, gdy z czasem ewoluuje. Tak jak flamenco, które zawiera w sobie tyle historycznych i geograficznych tropów. To trochę tak, jakby po drodze z różnych kultur wybrało się to, co najlepsze, i z tej bezładnej zbieraniny nagle wyłoniło się czyste piękno. Dlaczego tak się stało? Nie wiem. Ale bardzo się z tego cieszę. W Argentynie muzyka jest tak zaskakująca, że jej potencjał wydaje się nie mieć końca. To żywy, podlegający zmianom organizm. 

Czy da się jednak zawrzeć jej esencję w obrazie?

– Całe życie usiłuję odpowiedzieć na to pytanie! Moja matka była pianistką i w naszym domu muzyka była zawsze, zwłaszcza klasyczna. Zaczynałem karierę jako fotograf i uwielbiałem robić zdjęcia spektaklom muzycznym. Czasem myślę, że właśnie tak udało mi się zrozumieć jej istotę. Oglądałem te wszystkie „Jeziora łabędzie”, „Dziadki do orzechów”, a przebywając tyle czasu za kulisami, przekonałem się, że te piękne, eteryczne baletnice, które wyglądały, jakby w życiu zajmowały się tylko beztroskim pląsem, wykonują ciężką, morderczą pracę, okupioną fizycznym bólem nieporównywalnym z niczym innym. Fascynacja tym dualizmem pozostała we mnie już na zawsze. 

 

Pana debiut, zrealizowany w 1958 roku „Los Golfos”, komentował otaczającą Pana rzeczywistość. Jednak w latach 80. porzucił Pan tematykę społeczną na rzecz muzyki. Dlaczego?

– Nie dzielę moich filmów na muzyczne i polityczne. Zrobiłem ich w życiu już tyle, że trudno byłoby mi dokonać tak prostych podziałów. Ale zgadzam się z pani stwierdzeniem – rzeczywiście rozpocząłem wtedy w życiu nowy rozdział. Kiedy wreszcie skończył się reżim Franco, poczułem, jakby z serca nagle spadł mi ogromny ciężar. Nie musiałem już być tym wytykającym palcami oskarżycielem ani przewodnikiem po naszej smutnej codzienności. Uznałem, że jestem wolny i wreszcie mogę opowiadać także o innych rzeczach. Że skończyła się już moja funkcja – jakakolwiek by ona była. 

Pana dzieciństwo przypadło na czas wojny domowej. 

– Jestem dzieckiem wojny, zawsze to powtarzam. Dobrze pamiętam, czym jest. O tym nigdy się nie zapomina. Dzieciństwo spędziłem, kryjąc się przed spadającymi na miasto bombami, w nieustannej drodze. Ciągle byłem w szkole „tym nowym”. Mój ojciec był jednym z sekretarzy ministra finansów i kiedy został zmuszony do ucieczki, uciekaliśmy razem z nim. Widziałem śmierć i mordowanych ludzi, zanim jeszcze byłem w stanie zdać sobie sprawę z tego, na co właściwie patrzę. A potem krajem zawładnął Franco.

Słyszałam, że w małej bohaterce „Nakarmić kruki” zawarł Pan własne lęki z tamtego okresu.

– Ta moja mała bezsilna morderczyni. Właśnie tak ją nazywam. Dorośli nie wiedzą, o czym myślą dzieci. Choć tak im się czasem wydaje. A one może i trzymają ich za rękę, ale patrzą na świat z zupełnie innej perspektywy. Dorosłym wydaje się czasem, że czas dzieciństwa to idylla, o wiele zbyt krótki wiek niewinności. A tak wcale nie jest – kryje w sobie mrok. Zwłaszcza dlatego, że dzieci nie potrafią jeszcze nazwać tego, co je dręczy, tak jak robią to dorośli. I nie mają siły, by wpłynąć na swój los. 

Nie inspiruje Pana współczesność? Ciągłe spoglądanie w przeszłość jest fascynujące, ale też bardzo bezpieczne. Zwłaszcza biorąc pod uwagę kryzys w Hiszpanii. 

– Hiszpania wydaje mi się teraz oazą spokoju. Oczywiście nie brakuje nam problemów, ale żyjemy spokojnie i stanowimy część Europy. Przynajmniej tak mi się wydaje, ale może to tylko niepoparte faktami spostrzeżenia głupiego starca. Naprawdę nie odczuwam potrzeby, by krytykować to, co widzę wokół mnie. Telewizja robi to za mnie i świetnie sobie radzi – wystarczy przyjrzeć się temu, jak przedstawia się teraz kryzys uchodźców. Czasem mam wrażenie, że na co dzień otacza nas aż zbyt dużo rzeczywistości. Jesz kolację i beznamiętnie patrzysz, jak na świecie umierają ludzie. Kiedyś na widok takich obrazów jedzenie od razu stanęłoby nam w gardle. Teraz już nie. Nie wiem, czy zupełnie da się uciec w życiu od polityki. Zapewne nie. Jest wszędzie i we wszystkim, co robimy. 

Czy zatem taniec też może być polityczny?

– To zależy. W „Tangu” nie brakuje brutalnych, drastycznych scen, które skrywa w sobie skomplikowana choreografia.

O polityce można mówić na wiele różnych sposobów. Można wyjść na ulice i protestować, można zrzucić bombę na jakąś ulicę. Ja robię to poprzez muzykę. 

Myśli Pan, że warto wciąż pamiętać o naszej muzycznej tożsamości? 

– Musimy zawzięcie walczyć o to, żeby przetrwała: zwłaszcza w obliczu wszechobecnej amerykanizacji, która macha do nas z każdego włączonego telewizora. Nie mam nic przeciwko takiej muzyce, ale nie możemy zapominać o dźwiękach, które stanowią o tym, kim jesteśmy. Dlatego mam nadzieję, że w przyszłości będzie powstawać jeszcze więcej filmów o muzyce i tańcu. Ludzkie ciało potrafi tak wiele wyrazić – to niesamowite. Nigdy nie przestanie mnie to zachwycać. Nasza kultura opiera się na pradawnych impulsach, które w sobie zdławiliśmy. Ale wciąż ujawniają się w tańcu. 

Pana filmy zdobywały nagrody na najważniejszych festiwalach. Podobno wyjątkowym sentymentem darzy Pan jednak dzieło, które spotkało się z chłodnym przyjęciem. Myślę o „Bunuelu i stole króla Salomona”. 

– To mało powiedziane: nikomu się nie podobał! Sprawił mi mnóstwo frajdy. Myślę, że ludzie, którzy nie wiedzą nic o mojej relacji z Bunuelem i nie wiedzą, ile miała w sobie ciepła, nigdy nie będą go w stanie zrozumieć. Ale czasem jest tak, że film, którego realizacja sprawia ci najwięcej radości, z różnych przyczyn nie znajduje swoich widzów. Jako reżyser mam jednak ten luksus, że nie odpowiadam za to, czy ludzie zrozumieją moje filmy. Robię je przede wszystkim dla siebie. 

Postanowił Pan, żeby oprócz Pańskich filmów na festiwalu zaprezentowano też „Pianistę” Romana Polańskiego. Czym tak Pana ujął?

– To wspaniały, cudowny film, który ma tylko jedną wadę: to wstyd, że Polański nie nakręcił go po polsku. Nie mogę znieść, że wszyscy mówią w nim po angielsku. Ale to wyjątkowy reżyser i nawet po tylu latach mieszkania za granicą wciąż nie wyzbył się swojej europejskości. To bardzo rzadko się zdarza. Nie przesiąkł tą Ameryką. „Pianista” to film o wojnie, ale nie ma w nim tego ogłuszającego hałasu, spadających bomb. A mimo to i tak paraliżuje cię strach. Przez pryzmat historii tego człowieka, tego, jak się musi ukrywać, jak musi uciekać, odczuwamy to wszystko na własnej skórze. Polański zaprasza nas do samego środka piekła. 

 Rozmawiała Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także