Cristi Puiu. Moje kino jest kompulsywne [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 22-07-2016

– Zawsze opowiadam o rodzinie, w każdym z moich filmów. I to nie dlatego, że tak sobie założyłem. Moje kino jest kompulsywne: odczuwam fizyczną wręcz potrzebę, by opowiadać o pewnych rzeczach – mówi Cristi Puiu, rumuński reżyser, autor filmu „Sieranevada”

Marta Bałaga: Słyszałam, że bardzo rozczarowało Cię przyjęcie „Aurory”, Twojego ostatniego filmu. I że właśnie dlatego postanowiłeś nie stawiać sobie w „Sieranevadzie” żadnych ograniczeń. 

Cristi Puiu: W życiu filmu, jak w ludzkim, najważniejszy jest sam początek. Jeśli zadebiutuje w Konkursie Głównym w Cannes, wiadomo, że łatwiej będzie mu potem znaleźć widzów. W przeciwnym razie może być bardzo różnie. Kiedy twój film nie spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem, łapiesz się na tym, że zaczynasz myśleć o tym, jak zadowolić publiczność. Że pragniesz, by cię uwielbiali. To pierwszy krok do tego, by po kilku latach nikt już o tobie nie pamiętał. Bo zadowalając wymagania publiczności, podążasz za trendem, który może okazać się bardzo ulotny. Nie można godzić się na kompromisy, choć oczywiście robiąc filmy, trzeba wykazywać się pewną elastycznością. Jest jednak pewna linia, której nie można przekroczyć. Nie możesz zdradzić samego siebie. A o to bardzo łatwo, bo w tym przemyśle czyha na człowieka wyjątkowo dużo pokus. 

Miałeś kiedyś wrażenie, że Ci się to przytrafiło?

– Nie. Wiem, że w przypadku „Sieranevady” wielu ludzi odstraszy już sama jego długość. I co z tego? Jestem w stanie żyć z tą świadomością. Jeśli robiąc filmy, starasz się tylko utrwalić w widzach określone wyobrażenie, że właśnie tak wygląda świat, to robi się niebezpiecznie. To propaganda, a nie kino. Kiedy jest się młodym, wydaje ci się, że film to najkrótsza droga do osiągnięcia sukcesu. Marzysz o nagrodach na festiwalach i drogich samochodach, sprzedanych biletach. A to wszystko nie jest nic warte. I może zupełnie przesłonić ci to, co ważne. Jest tylu ludzi, którzy robią o wiele ważniejsze rzeczy niż kręcenie filmów. Ale o nich nie pisze się w gazetach. Nasze społeczeństwo jest już tak ogłupiałe, że nawet śmierć Michaela Jacksona traktuje się, jakby po raz drugi ukrzyżowano Jezusa. 

Czy dlatego postanowiłeś wrócić do źródła i opowiedzieć o rodzinie?

– Zawsze opowiadam o rodzinie, w każdym z moich filmów. I to nie dlatego, że tak sobie założyłem. Moje kino jest kompulsywne: odczuwam fizyczną wręcz potrzebę, by opowiadać o pewnych rzeczach. Nie mam w domu wykresu, z którego odhaczam poszczególne tematy. Od dawna bardzo bliski był mi pomysł, by istotę całego wszechświata zawrzeć w czymś bardzo niepozornym. Zgadzam się z tym, co pisał William Blake: „W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar, w godzinie – nieskończoność czasu”. To prawda. W rodzinie odbija się to, jak funkcjonuje całe społeczeństwo. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. Rodzice ukrywają prawdę przed swoimi dziećmi jak politycy przed ludźmi. I potem ludzie głosują za czymś, czego nawet nie rozumieją.

Jak pokazała niedawna kontrowersja związana z Brexitem. 

– Właśnie! A nieliczni, którzy starają się zrozumieć, szybko zdają sobie sprawę, że i tak im się to nie uda. I że łatwiej po prostu podążyć zgodnie z nurtem. Ludzie dla wygody są w stanie zaakceptować naprawdę bardzo dużo. Każdą oficjalną wersję faktów. To głupota, bo przecież nie przychodzimy na ten świat po to, żeby nie ruszyć w żadnej sprawie palcem. Ludzi nie interesuje prawda, ale wygoda. 

Czy właśnie dlatego w tle wspominasz o wydarzeniach w „Charlie Hebdo”? Żeby pokazać, jak łatwo stajemy się obojętni na cierpienie innych? 

– Dla ludzi ważniejsze niż prawda jest to, jak sami się postrzegają. Dlatego potem przyjmują za pewnik, że za zamachem 11 września 2011 roku stało 19 osób albo że była to wewnętrzna prowokacja. Nie zależy im na tym, żeby samodzielnie szukać odpowiedzi. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Przyszedłem na świat w 1967 roku. Wtedy do władzy doszedł Ceau?escu i nasz świat się zatrzymał. Kiedy zmarł, miałem dwadzieścia kilka lat, i nagle okazało się, że ta wersja historii, której uczono mnie w szkole, nie jest już ważna. I trzeba pisać ją od nowa. Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek miało się to zmienić. A szkoda, bo jako społeczeństwo nie możemy się przez to rozwijać.

W „Sieranevada” pokazujesz, jak trudno nam dojść do porozumienia. Zupełnie jak bohaterowie Twojego filmu, każdy z nas siedzi w osobnym pokoju i ma własne zdanie na każdy temat. 

– W rodzinie trudno dojść do jakiegokolwiek porozumienia. Wymaga to cierpliwości i nadludzkiej energii. Której zwykle mi brakuje (śmiech). Dlatego tak ważne są rytuały, bo często okazuje się, że to tylko one nas łączą. W moim filmie taką funkcję pełni akurat rytuał religijny, ale wcale nie musi tak być. To chwila, podczas której na kilka sekund znikają wszystkie podziały: na przykład wtedy, kiedy ludzie śpiewają hymn przed meczem piłki nożnej. 

Myślisz, że takie chwile są nam potrzebne?

– Tak, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Musimy na nowo wykształcić w sobie tę solidarność, która w naszych krajach z niewiadomych przyczyn zwykle ożywa dopiero w czasach poważnych kryzysów. Trzeba pamiętać o tym, że osoba, która znajduje się tuż obok, to nie jakiś obcy. To odbicie ciebie. Dorastałem w niezbyt religijnej rodzinie, ale im więcej dowiaduję się o horrorach, których na co dzień dopuszczają się ludzie, coraz częściej przywołuję to przykazanie: kochaj bliźniego jak siebie samego. To najważniejsze, co możemy zrobić. Wszystko inne nie ma najmniejszego znaczenia. 

Rozmawiała: Marta Bałaga

czytaj także

zobacz także