Baasch. To nie jest Hollywood [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Iwona Sobczyk 22-07-2016

O lajkach, technologicznych nowinkach, byciu jak Björk i pracy nad muzyką do „Płynących wieżowców” rozmawiamy z Bartkiem Schmidtem, znanym bardziej jako Baasch. Artysta zagra w Arsenale 23 lipca o północy. Wstęp wolny.

Iwona Sobczyk: Zagrałeś w tym roku na Open'erze. Adrenalina była?

Baasch: Jasne. Zagraliśmy na dosyć dużej scenie, było mnóstwo ludzi, fajny odbiór. Superwrażenia. 

Od adrenaliny można się uzależnić. Może teraz mały klubowy koncert – na przykład w takim miejscu jak Arsenał – nie będzie już robił na Tobie wrażenia? 

– Bardzo lubię grać w klubach. To zazwyczaj oznacza inny kontakt z publicznością, mniej przypadkowych uczestników. Te koncerty są po prostu inne. Ani lepsze, ani gorsze. 

Grasz dużo koncertów nie tylko w Polsce, ale czasem też bardzo daleko poza jej granicami. Występowałeś np. w Chinach. Odbiór Twojej muzyki za granicą jest inny?

– Czuć, że jest się na obcym gruncie, wśród zupełnie nowych odbiorców. Bardzo dobrze grało nam się ostatnio w Rumunii. Kompletnie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, i zostaliśmy miło zaskoczeni. Publiczność, kluby, technika – wszystko było świetne, sam kraj też bardzo fajny. Przywieźliśmy mnóstwo dobrych wspomnień. W Chinach grało nam się najdziwniej, to rzeczywiście był szok kulturowy. Występowaliśmy tam np. na sylwestrze w centrum kilkunastomilionowego miasta. To były koncerty, po których trudno było stwierdzić, ilu doszło nam nowych fanów, bo w Chinach nie działają media społecznościowe. Dopiero po takim doświadczeniu można sobie uświadomić, jak bardzo kontakt z publicznością jest oparty na social mediach. 

A masz nawyk sprawdzania, ile lajków przybyło Ci po ważnym koncercie?

– Zasadniczo nie, te kwestie interesują mnie właściwie tylko przy okazji wyjazdów zagranicznych. Każdy jest ciekawy, jak jest odbierany. Nie robimy przecież muzyki tylko dla siebie. Natomiast jestem daleki od chorobliwego googlowania siebie samego. 

Nagrałeś niedawno klip do utworu „Shout” w technologii 360 stopni, którą wcześniej przy produkcji swojego wideo wykorzystała np. Björk. Skąd taki pomysł? 

– To nie ja wpadłem na ten pomysł, tylko ekipa, do której się zgłosiłem z propozycją przygotowania wideo. Oni akurat chcieli zrobić coś nowego, a ja zjawiłem się w idealnym momencie. Podobno jest to jeden z pierwszych tego typu wideoklipów w Polsce. 

Śledzisz takie nowinki? 

– Nie za bardzo. Chociaż właśnie po tym wideo złapałem bakcyla i chciałbym dalej wdrażać technologiczne nowinki w świecie muzycznym. To jest fajne, kiedy można podać ludziom muzykę w niebanalny sposób. 

Wydaje się, że klipy w ogóle są dla Ciebie istotne. Masz ich całkiem sporo. 

– Tak, chcę zapraszać słuchacza do świata spójnego, dopracowanego na różnych poziomach – nie tylko dźwiękowym, ale też wizualnym. 

Jesteś autorem muzyki do „Płynących wieżowców” Tomasza Wasilewskiego. Jak trafiłeś do kina?

– Znaliśmy się z Tomkiem Wasilewskim już wcześniej. Wiele razy mówiłem, że chciałbym komponować dla kina, właśnie ze względu na to, że interesuje mnie łączenie obrazu z dźwiękiem. Tak się złożyło, że Tomkowi podobała się moja muzyka, a mnie jego filmy, więc współpraca wynikła naturalnie. Fajnie wyszło. 

Przed naszą rozmową przypomniałam sobie „Płynące wieżowce” i zdałam sobie sprawę, jak niewiele jest tam muzyki. Ona w dużej mierze buduje klimat tego filmu, ale brzmi rzadko. 

– Mnie się w ogóle wydaje, że muzyka w filmie powinna być tylko tam, gdzie jest naprawdę potrzebna. Powinna dopełniać formę, pomagać wyłożyć historię. Dobra muzyka filmowa to taka, której się specjalnie nie rejestruje. Nie może konkurować z historią, to nie jest teledysk. Muzyki w „Płynących wieżowcach” i tak jest więcej, niż początkowo planował Tomek. Zaproponowałem dodanie jej w jeszcze kilku momentach. Tomek generalnie oszczędnie pracuje muzyką, więc wiadomo było, że to nie będzie film muzyczny. „Płynące wieżowce” są pełne emocji. Zależało mi na tym, żeby muzyka z tym współgrała, nie wprowadzała do scen innych emocji niż te zapisane w scenariuszu. To by zaburzyło odbiór tej historii. 

Od czasu „Płynących wieżowców” nie komponowałeś już dla kina, prawda?

– Nie. Niedługo potem wydałem swoją debiutancką płytę i chciałem skupić się w stu procentach na działalności scenicznej. Natomiast teraz chętnie znów popracowałbym przy filmie, zaczynam do tego dojrzewać. Jestem otwarty na propozycje. 

Po doświadczeniu pracy dla filmu patrzysz inaczej na kino?

– Tak, to było bardzo rozwijające doświadczenie. Inaczej też zaczyna się podchodzić do samego tworzenia muzyki. Pracując dla kina, trzeba nauczyć się trochę pokory. Przestaje chodzić o muzykę po prostu, ona musi wychodzić naprzeciw cudzym założeniom. Trzeba się dostosować do tego, jaki ktoś inny ma na to pomysł, zrozumieć to, zaakceptować i znaleźć sposoby na osiągnięcie konkretnego, założonego efektu. Tworzenie własnej, autorskiej muzyki to co innego. Hulaj dusza! Zapinasz pasy i jedziesz, gdziekolwiek cię to zaprowadzi, będzie fajnie. To proces mniej kontrolowany. 

Powiedz, czy jesteś samotnikiem?

– Nie jestem samotnikiem, ale bardzo dbam o to, żeby mieć w życiu momenty, kiedy jestem sam na sam z muzyką. To jest trochę jak medytacja, wyłączam się ze wszystkiego dookoła i zatapiam w czymś bardzo abstrakcyjnym, czyli w dźwiękach. Jestem otwarty na ludzi, lubię spędzać z nimi czas, ale muszę mieć przestrzeń i czas dla siebie, bo inaczej wariuję.

Pytam dlatego, że w tym, co robisz, jest pewien paradoks. Powtarzasz w wywiadach, że nad muzyką pracujesz zupełnie sam, ale z drugiej strony budujesz wokół siebie bardzo gęstą sieć kontaktów. Trudno nawet wyliczyć wszystkich artystów, z którymi współpracowałeś, czy to tworząc remiksy ich utworów, czy oddając im własne, czy w końcu wspierając różne składy wokalnie. 

– Jedno wynika z drugiego. Fakt, że pracuję nad muzyką sam, sprawił, że w pewnym momencie poczułem głód dzielenia się i wymieniania doświadczeniami i energią z innymi. Podpatrywanie, jak pracują inni, co im się podoba, to sposób na poszerzenie horyzontów, ale też na spojrzenie z większym obiektywizmem na własną pracę. Jeśli siedzisz sam w domu, to naprawdę trudno zdobyć się na dystans wobec własnych pomysłów. 

Agim, Milky Wishlake, Rysy, Rubber Dots, Zamilska, Bokka, Mooryc i inni – to brzmi jak line-up niezłego festiwalu. Tymczasem wszyscy ci artyści spotkali się w tym roku na Twojej płycie „Re-corr”, żeby zremiksować utwory z Twojego długogrającego debiutu „Corridors”. To wszystko gorące nazwiska. Jak udało Ci się zagonić ich wszystkich do pracy nad tą płytą?

– To jest mój dream team. Na szczęście nie było trudno zagonić ich do pracy. Po prostu wyszedłem z propozycją zrobienia remiksów, a oni na to przystali. Sam fakt, że ludzie których bardzo cenię, byli chętni do współpracy ze mną, był bardzo miłym sygnałem. 

Jak funkcjonuje środowisko nowej polskiej ambitnej elektroniki? To mały światek, gdzie wszyscy się znają?

– To jest dość mały świat, nietrudno na siebie wpaść. Lubię myśleć, że jest środowisko, które działa razem. Nie sądzę, żeby była między nami jakaś rywalizacja. To nie jest Hollywood. Wydaje mi się, że jest to świat dużo bliższy codziennej rzeczywistości niż mainstream, gdzie są wielkie gwiazdy i wielkie budżety. Po prostu każdy pracuje nad swoją muzyką i stara się ją zaprezentować coraz większej liczbie słuchaczy. Fajne jest też poczucie, że Polska jest krajem, gdzie ta alternatywna scena elektroniczna dopiero się rozwija i właściwie my wszyscy nadajemy temu rozwojowi kierunek. W Berlinie czy innych miejscach, gdzie ten alternatywny obieg jest już mocno ugruntowany, to nie byłoby możliwe. 

Masz poczucie, że to dobry czas dla młodej polskiej elektroniki?

– Tak, myślę, że to przełomowy czas.

Wiem, że pracujesz nad kolejnym albumem. Powiesz coś o nim?

– Do końca daleko. 

Rozmawiała Iwona Sobczyk

 

czytaj także

zobacz także