MFF T-Mobile Nowe Horyzonty. Alain Guiraudie: Natura ma w sobie coś niezwykle zmysłowego

ANNA TATARSKA 22-07-2016

Francuski reżyser Alain Guiraudie zdobył rozgłos filmem „, Nieznajomy nad jeziorem”, za który otrzymał m.in. nagrodę Césara, statuetki w Cannes, Montrealu i Sevilli, a także nagrodę FIPRESCI podczas 13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty. Twórcę fascynują związki seksualności i tożsamości, chętnie sięga po oniryczną estetykę. We Wrocławiu pokaże swój najnowszy film, „W pionie”. To bezpruderyjna, alegoryczna baśń o życiu w dzisiejszej Francji, niepozbawiona elementów groteski

Anna Tatarska: „Nieznajomy nad jeziorem” okazał się wielkim sukcesem, zdobywając nagrody nie tylko w Cannes ale także na całym świecie - łącznie ponad piętnaście. Czy to było dla Pana zaskoczenie?

Alain Guiraudie: Jednogłośnie dobra reakcja mnie zaskoczyła, bo spodziewałem się znacznie większych kontrowersji! „Nieznajomy..” był znacznie bardziej klasycznym filmem niż „W pionie”, zarówno pod względem konstrukcji jak i dramaturgii. Tym razem chciałem pójść w całkiem inną stronę, stworzyć obraz z mniej jasno wyznaczonym kierunkiem, pozostawiający wiele otwartych pytań. Bardziej oparty na zmysłach, intuicji. Największą moją fascynacją w „W pionie” są ucieczki, zbaczanie z utartej ścieżki, zmiana kursu. Kiedy pisałem scenariusz, chciałem przede wszystkim sam siebie zaskakiwać. Nie zakładałem, że będę się poruszał w ramach wcześniej ustalonej struktury. Pozwoliłem tekstowi powstać organicznie. Ale też przy „W pionie” wykonałem o wiele więcej pracy w montażowni niż przy „Nieznajomym”. Ten film ciągle ewoluował, właściwie do ostatniej chwili.

Wielu krytyków zachwycało się, w jak oryginalny sposób „Nieznajomy...” miesza pozornie niezestawialne gatunki filmowe. Można odnieść wrażenie, że w „W pionie” poszedł Pan o krok dalej - całkowicie odrzucając koncepcję gatunku jako taką...

Podoba mi się to pytanie! Nawet bardzo! Zależało mi by nie odnosić się do gatunków w sposób przejrzysty. Ale sadze, że dla wielu scen były jakieś gatunkowe punkty odniesienia, które gdzieś brzęczały mi w głowie - trochę z thrillera, filmy o zombie... Ale nie chciałem wskazywać palcem, raczej zrobić aluzję. Zależało mi by stworzyć własny świat z własną mitologią. Zawsze pracuję wykorzystując to, czego doświadczam, co przeżywam. W tym przypadku szczególnie pilnowałem, by nie używać machinalnie wcześniej powstałych skojarzeń - chciałem odnosić się do tego, co było przede mną. Kiedy ktoś mówi: „zrobił Pan iście hitchcockowski film” reżyser traktuje to jako komplement, ale po kolejnym takim komentarzu warto zacząć się martwić.

„W pionie” pełen jest wyjątkowych momentów, charakterystycznych chwil. Czy któraś z nich była punktem wyjścia, z którego rozpoczął Pan tworzenie scenariusza?

Pierwszy był chyba obraz pasterki, strzegącej stada owiec z pistoletem. To emblematyczny filmowy wizerunek, pełen kulturowych konotacji, kojarzący się z westernem. A jednocześnie realistyczny, bo oparty na mojej własnej rozmowie z pasterką, która opowiadała jak broń stała się w jej zawodzie koniecznością ze względu na atakujące stado wilki.

Na lokację wybrał Pan najmniej zaludniony region Francji, położone na południu Lozere. Dlaczego?

To chyba mój ulubiony region Francji. Kręciłem w bardzo specyficznym jego obszarze, najmniej zaludnionym nie tylko we Francji, ale też Europie. Mieszka tam statystycznie mniej ludzi niż na Saharze! Mieszkam niedaleko, ale to całkiem inny świat, odległa planeta. Tamtejsze krajobrazy nasuwają na myśl kadry z ikonicznych westernów. Od lat chciałem tam zrealizować film.Chciałem pokazać w filmie znikającą krainę. Pracujący tam pasterze mają bardzo pesymistyczną wizję przyszłości. Nie wiadomo, jak się potoczy ich życie.

Po obejrzeniu Pana filmu w uszach pobrzemiewa pytanie: „Czy człowiek może być naprawdę wolny”?

Mój bohater aspiruje do statusu człowieka wolnego i jego zawód scenarzysty mu to w pewnym stopniu umożliwia. Ale jednocześnie jest w nim kruchość, bezbronność - nie psychologiczna, a raczej na niwie statusu finansowo-społecznego, która ostatecznie prowadzi go na skraj przepaści. Nie jestem pewny czy on jest w pełni wolny...

Osobiście uważam, że całkowita wolność to iluzja, nie jestem nawet pewny czy warto jej pożądać.

Jaka rolę pełni w Pana kinie natura?

To mój żywioł! Jestem dzieckiem natury, dorastałem na wsi, czuję się tam jak w domu. Natura ma w sobie coś niezwykle zmysłowego. Lubię, gdy moi bohaterowie są otuleni przez bezkresne niebo, gdy stopami mocno dotykają ziemi, gdy ich skórę smaga wiatr. Chcę, by byli pomiędzy żywiołami, stali się jednym z nich. Poza tym starałem się, by akcja filmu rozgrywała się w świecie niezmienionym przez człowieka czy cywilizację, w surowym środowisku. Myślę, że pod koniec filmu widz ma wrażenie, że bohaterowie także mają taki status, że należą do tej rzeczywistości. Jednocześnie fascynuje mnie cały świat, we wszystkich swoich wcieleniach, dlatego bardzo ważne było dla mnie by bohaterowie mieli jednak kontakt z cywilizacją. Przy następnym projekcie chciałbym udać się do wielkiej metropolii.

Czy pisze Pan scenariusze z pełną świadomością ich freudowskiego, psychoanalitycznego podszycia, czy to raczej efekt uboczny?

Z psychoanalizą zetknąłem się już jako dorosły człowiek, mniej więcej pół roku przed rozpoczęciem zdjęć do „Nieznajomego nad jeziorem”. Niewątpliwie jest to system, który zyskał w moich oczach wielkie znaczenie i prywatnie ogromnie go cenię.

Trudno mi powiedzieć, na ile odbija się ona w mojej pracy, ale skoro to pytanie padło, śmiem wnioskować, że w widoczny sposób.

W Pana filmach zawsze znajdują się momenty przez krytyków kwalifikowane jako szokujące. Czy takie wstrząsanie widzem to celowa strategia, czy efekt uboczny takiej a nie innej artystycznej wizji?

Nie dziwi mnie, że sceny śmierci i porodu, jakie pokazałem w „W pionie”, szokują. Wiem, że są bardzo mocne, także według mnie. I takie miały być, bo to dwa graniczne momenty w życiu każdego człowieka.

W moich poprzednich filmach zdarzało mi się pospieszać te momenty, traktować je niczym elipsy. Tym razem musiałem jednak podkreślić ich wyjątkowość, zdecydowałem się więc niczego nie wygładzać, nie omijać sedna. Zależało mi, by pokazać je w pełnej okazałości, także czasowej. Dlatego sceny musiały mieć organiczny rytm - by pokazać naturalność zjawisk takich, jak narodziny tego małego potwora, którym wszyscy kiedyś byliśmy. Jednocześnie scena śmierci musiała być w swojej dokładności liryczna a nie pornograficzna. Nie chciałem nikim wstrząsać, nie zależy mi by szokować klasę średnią i siać ferment. Ale rozumiem, że taka konwencja przedstawienia może być traktowana jako forma przemocy wobec widza.

Zwykle najwyższym komplementem wobec filmu jest: „podobało mi się”. Pana filmy nie chcą się podobać. Na jakiej reakcji najbardziej Panu zależy?

Nie cierpię tego pytania, przyznaję uczciwie, bo nigdy nie wiem, jak odpowiedzieć...

Wielu widzów zwierza mi się po seansach, że film nimi wstrząsnął, że ich zaskoczył, wytrącił z bezpiecznej równowagi. Mówią, że moje kino z nimi zostaje.

Myślę, że najgorsze jest kino, które nic w widzu nie zmienia, o którym banalnie łatwo zapomnieć. To ostatnia reakcja, jakiej mógłbym sobie życzyć.

Seanse filmu „W pionie” na 16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

22 lipca 13:15

24 lipca  19:15

30 lipca  13:15

Program festiwalu na http://www.nowehoryzonty.pl/

czytaj także

zobacz także