"Oślizgły dusiciel". [RECENZJA]

Anna Tatarska 21-07-2016

Big Ronnie to zrzędliwy erotoman, wielbiący różowe szorty i moherowe crop-topy. Jego największą pasją jest tłuszcz, który pochłania w hurtowych ilościach i dosłownie pod każdą postacią.

Uwielbia także nagie wyprawy na myjnię samochodową i pogawędki z jej niewidomym szefem. Kiedy wprowadza się do niego syn, okazuje się też mistrzem wychowawczych patologii. Big Brayden to maminsynek-prawiczek pod czterdziestkę, ciapciakowaty snuj do kwadratu. Rodzinka tych ohydnych osobników mieszka w ohydnym domu i ohydnie się zachowuje.

Brayden i Ronnie zarabiają na życie oprowadzając turystów po rozpadającej się okolicy, rzekomo „śladami legend disco” - w istocie głównym celem wycieczek są werbalne napaści na spacerowiczów. Do czasu, gdy jedna z uczestniczek, krągła Janet, miast wywołać agresję, wzbudzi ruch serc i innych członków u obu pokoleń. Romans nabrzmiewa i ewoluuje. Tymczasem w okolicy grasuje okrutny morderca. Ociekający tłuszczem okrutnik z monstrualnym penisem dusi ofiary pod osłoną nocy. Jaka jest jego relacja z bohaterami?

„Oślizgły dusiciel” - debiutancki pełny metraż Jima Hoskinsa - jest odrażający, zboczony, ale przyjemny w oglądaniu, choć śmiem twierdzić, że satysfakcja widza jest na liście celów twórcy ostatnia. W tym, przywołującym echa twórczości Johna Watersa, obrazie najmocniej czuć artystyczną bezkompromisowość i mocną wiarę w sens oryginalnej filmowej wypowiedzi. Wielogatunkowa, groteskowa hybryda świntuszy do woli, delektując się swoim statusem filmu klasy B. Pokazywana w ramach emblematycznej, nowohoryzontowej sekcji „Nocne Szaleństwo”, ma wszelkie szanse stać się udergroundowym przebojem tegorocznej edycji.

USA 2016 (The Greasy Strangler), reż. Jim Hoskins

 

czytaj także

zobacz także