"Toni Erdmann". [RECENZJA]

Anna Tatarska 21-07-2016

Po tym seansie Cannes oszalało. Dawno żaden film nie wywołał u krytyków tak jednogłośnej fali zachwytu.

Maren Ade pobiła nawet rekord Mike'a Leigh, w tabelce krytyków magazynu SCREEN otrzymując najwyższą notę w historii. Brak nagrody od canneńskich jurorów uznano za skandal – i słusznie. Ade stworzyła być może najlepszy film ostatnich pięciu, jeśli nie dziesięciu, lat.

Dorosła, odnosząca sukcesy w pracy Ines (Sandra Huller) zapomniała, jak się śmiać. Kiedy jej ojciec Winfried (genialny Peter Simonischek), traci ostatniego ucznia gry na fortepianie, postanawia poświęcić się misji przypomnienia córce, do czego służy przepona. Ale Ines jest w trakcie finalizacji ważnego kontraktu i ani w głowie jej psikusy. Niespodziewana wizyta ojca w Bukareszcie, gdzie mieszka, zapoczątkuje łańcuch niespodziewanych wydarzeń.

Kiedy zniechęcony brakiem entuzjazmu ze strony latorośli Winfried wyjedzie, w mieście niespodziewanie pojawi się... Toni Erdmann. Noszące sztuczne zęby i fikuśną perukę alter-ego ojca-żartownisia doprowadzi Ines do wrzenia: naruszy ustanowione granice, zburzy pozory, narazi na szwank jej zdrowie psychiczne. A jednocześnie zmusi kobietę, by z brutalną szczerością przyjrzała się samej sobie i swoim relacjom z najbliższymi. Zachęci do buntu przeciwko, dotąd przyjmowanej bezkrytycznie, korpo-rzeczywistości.

Maren Ade proponuje widzom niewygodnie precyzyjną obserwację rodzinnych zależności, ale robi to w całkiem wyzuty z moralizowania sposób. Opowiada o tych wyimkach rzeczywistości, które zbyt często nam umykają. O relacjach, których nie pielęgnujemy, biorąc je za pewnik – szczególnie więź z rodzicami. O inności, którą traktujemy z irytacją lub pobłażaniem, zamiast próbować zrozumieć. O momencie, gdy budzimy się z ręką w nocniku i poczuciem, że jesteśmy na tym świecie sami jak palec. Z taką ilością wątków ciężkiego kalibru „Toni Erdmann” powinien dołować, ale choć wywołuje łzy, są one przeważnie oznaką śmiechu. Do tego trwający blisko trzy godziny film ani przez chwilę nie nuży. To seans psychoanalizy z elementami terapii śmiechem tak dla bohaterów, jak i widzów. Mistrzowskie. I skuteczne do bólu.

Niemcy/Austria 2016, reż. Maren Ade. Aktorzy: Sandra Huller, Peter Simonischek.

czytaj także

zobacz także