„Mr gaga”. [RECENZJA]

Anna Tatarska 21-07-2016

Ten elektryzujący dokument powstawał osiem lat. Po premierze obwołano go najlepszym tanecznym filmem od czasu „Piny” Wima Wendersa.

I słusznie! W mojej opinii obraz Tomera Heymanna („Paper Dolls”, „I Shot My Love”) to wręcz stopień wyżej w hierarchii kinowej doskonałości. Na pierwszy rzut oka klasyczna filmowa biografia szybko okazuje się czymś znacznie mniej oczywistym. Izraelczyk Ohad Naharin, dziś dyrektor legendarnej Batsheva Dance Company, to bohater dosłownie stworzony na ekran. Jeden z największych współczesnych tancerzy wychował się w kibucu, profesjonalnie tańczyć zaczął po służbie wojskowej, już jako dorosły i szybko stał się sensacją na światową skalę.

Pracował z Mauricem Bejartem i Martą Graham, występował na największych scenach. Być może ciekawszy, niż jego dorobek taneczny, są dokonania na polu choreografii. W układach Naharina zawarta jest cała dramaturgia jego burzliwego życia, wszystkie wątpliwości, podsycane próżnością lub lękiem mity i pragnienia.

Film Heymanna przyswaja i adaptuje na swoje potrzeby choreograficzny język mistrza, dzięki czemu zyskuje niezwykłą siłę rażenia. Udaje mu się dokonać najtrudniejszego: uchwycić ulotne piękno i filozofię tańca współczesnego. Odpowiednio zmontowane fragmenty charakterystycznych choreografii tkają emocjonalną ramę dla opowieści o kolejnych zderzeniach wielkiego ego i bezdyskusyjnego geniuszu z boleśnie nieteatralnym życiem.

Słowa klucze w „Mr gaga” to marzenia, wytrwałość, strata i odrodzenie. Dyskretnie, z tylnego siedzenia, widz obserwuje jak Naharin wznosi się na wyżyny, upada, po czym odradza jak Feniks, nieustraszony, bezczelnie pewny siebie, bezkompromisowy w swojej wizji. Sto procent najwyższej próby sztuki i życiowej prawdy, zero kiczu. Zafascynuje także tych, którzy z tańcem nie mają nic wspólnego.

 

Holandia-Niemcy-Szwecja-Izrael 2015. Reż. Tomer Heyman.

 

czytaj także

zobacz także