MFF T-Mobile Nowe Horyzonty. Cristian Mungiu: Możemy robić inne, własne kino

ANNA TATARSKA 21-07-2016

Cristian Mungiu, laureat Złotej Palmy w Cannes w 2007 roku za „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, jeden z najważniejszych twórców nowego kina rumuńskiego będzie gościem Festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu.

Podczas tegorocznej, 16. edycji widzowie będą mogli zobaczyć jego najnowszy film „Egzamin” - nagrodzony w Cannes za reżyserię. Polska premiera „Egzaminu” planowana jest na kwiecień 2017 roku.

 
Rozmowa z
Cristianem Mungiu, reżyserem
Anna Tatarska: Rumunia od dłuższego czasu odnosi sukcesy filmowe, pan jest jedną z twarzy tej nowej fali. Czyżbyście wyrastali na europejską kinową potęgę?

Cristian Mungiu: Wyobrazić sobie, że Rumunia mogłaby mieć jakiekolwiek supermoce - to dla mnie szalenie zabawne! Od kilkunastu lat mamy regulacje prawne dotyczące produkcji filmowej, które pomagają zdobywać filmowcom pieniądze. Rozwija się rynek koprodukcji - jeden z największych tegorocznych canneńskich hitów, niemiecki „Toni Erdmann”, był kręcony w Rumunii. To dobry znak, na pewno coś się ruszyło. Myślę, że ma to związek z dobrym kinem, jakie zaczęło w Rumunii powstawać kilkanaście lat temu i trafiło na międzynarodowe festiwale. To ustawiło wysoko poprzeczkę. Okazało się, że możemy robić własne, inne kino. Więcej młodych twórców ma szansę wyrazić swoją opinię poprzez film.

Nie udajemy już Zachodu, przestaliśmy kręcić koniunkturalne filmy w dawnym stylu. Mamy tak niewielu widzów, że w pewnym sensie nie czujemy się zobligowani do tego, by starać się zaspokoić ich gusta. To daje wolność wyrazu.

Myślę, że podobnie jak wielu twórców na całym świecie rumuńscy filmowcy wpływają na siebie wzajemnie i myślą o tym, jak nasze filmy będą odbierane za dziesięć, piętnaście lat, czy się dobrze zestarzeją?

Dziennikarze często postrzegają kinematografie narodowe jako owoce pracy zwartych środowisk. Czy jesteście z innymi filmowcami blisko, pomagacie sobie?

- Jest tylko ograniczone pole, na jakim można komuś pomóc, potem musi iść dalej sam. Ale oczywiście zdarza mi się podrzucać scenariusz Radu Munteanowi lub Corneliu Porumboiu, by podpytać o zdanie, a po pierwszym montażu podsyłam okładkę znajomym, jestem ciekawy, co sądzą. To działa w obrębie pewnej grupy, każdy ma takich swoich zaufanych. Najbliżej jestem z Corneliu, bo razem zaczynaliśmy reformować rumuńskie kino kilkanaście lat temu. Dziś mamy dzieci w tej samej szkole i codziennie po odstawieniu ich na zajęcia rozmawiamy o kinie. Ale już na festiwal, który organizuję co roku w Bukareszcie, zapraszam wszystkich rumuńskich filmowców, by pokazali swoje filmy zagranicznej prasie i gościom, poznali się.

W pana nowym filmie „Egzamin” ojciec jest przekonany, iż jego nastoletnia córka musi wyjechać z kraju, by móc normalnie żyć. W Klużu nie widzi dla niej przyszłości. Czy dzisiejsza Rumunia to kraj braku szans?

- Nie sądzę, by film był w stanie oddać w pełni naturę czy sytuację całego kraju. To tylko opowieść o konkretnej rodzinie. Ale rzeczywiście, takie zachowania są w moim otoczeniu częste, szczególnie ostatnio. W 1999 roku było nas 22 miliony, teraz - o dwa mniej. Straciliśmy całe pokolenie, niemal 1/10 kraju nie tyle emigrowała, co opuściła kraj na dłuższy czas. Z Rumunii wyjechała niemal cała elita intelektualna. Po upadku komunizmu mieliśmy wielkie nadzieje. Oczywiście kraj się rozwija, ale ludzie są rozczarowani, bo to rozwój natury historycznej, a nie prywatnej.

Moje pokolenie słyszało od swoich rodziców i dziadków, że jesteśmy „pokoleniem poświęcenia”. Nie chcemy, żeby nasze dzieci też musiały się poświęcać, życzymy im lepszego życia. Wiele osób postrzega wyjazd jako szansę.

Problem polega na tym, że to rozwiązanie jednostkowe. To jak ucieczka z tonącego statku - może ocalimy życie, ale łajba pójdzie na dno.

A pan rozważał wyjazd z kraju?

- Emigrację? Nigdy. Ale wyjazd na jakiś czas, podjęcie zlecenia za granicą, tymczasową przeprowadzkę - kilka razy. Ale jestem tym typem filmowca, który lubi szczegółowo znać otoczenie, o którym opowiada. Niuanse rumuńskiego świata znam od podszewki. Poza tym mam dzieci, które nie chcą wyjeżdżać z kraju. A kiedy człowiek zostaje rodzicem, zaczyna podejmować decyzje z myślą o nich. Żyję więc dalej na swojej małej wysepce rzeczywistości i jest mi dobrze. Wiem, że poza nią sprawy nie wyglądają już tak jasno.

Kiedy patrzę na polską kinematografię, odnoszę wrażenie, że czasami postęp i dobrobyt potrafią mieć negatywny wpływ na kondycję kina. Filmowców chyba bardziej inspiruje kryzys...

- Wolę chyba mieć mniej inspiracji, a lepsze życie (śmiech)! Poza tym między Rumunią a Polską jest ogromna różnica. Mam wielu polskich przyjaciół i podziwiam, jak chętnie wasi widzowie chodzą na rodzime produkcje. Różnica polega na tym, że was jest wystarczająco dużo, macie doskonałe sieci kin, więc jest szansa na lokalny sukces. U nas takiej możliwości nie ma.

„Egzamin” miał swoją rumuńską premierę zsynchronizowaną z premierą w Cannes. Wynajęliśmy największe kino w Bukareszcie, postkomunistyczny budynek, gdzie niegdyś zbierały się rozmaite kongresy na 4 tysiące miejsc. Na żywo można było oglądać streaming z czerwonego dywanu z Cannes, przyszło ponad 3 tysiące gości.

Ale nawet z taką promocją to nie będzie hit. Zostało tak mało kin, że nie ma środków, by dotrzeć do mas. Coś jednak musi być w pani spostrzeżeniu - spójrzmy na przykład na Niemcy. Mają dobre szkoły filmowe, sprawną produkcję, a jednak ich kino nie cieszy się wielką popularnością poza granicami kraju. Myślę, że jest zależność pomiędzy stopniem komfortu, odczuwanym przez społeczeństwo i rodzajem sztuki, jaki ono produkuje. Być może dlatego, że u nas ten poziom zadowolenia jest niski, wciąż mamy wiele tematów, o których chcemy dyskutować. Codziennie w prasie można znaleźć koszmarne historie z życia wzięte. Wystarczy poszukać przyczyny tych wydarzeń i temat gotowy.

Pan porusza na przykład temat korupcji i łapownictwa. Ale traktuje go w filmie dość pobłażliwie.

- Tak jak wspominałem, społeczna krytyka nie jest celem tego filmu. Nie próbuję rysować portretu społeczeństwa, w którym żyję, i wskazywać palcem winnych. Chodzi raczej o to, by pokazać, dlaczego walka ze zjawiskami obiektywnie negatywnymi jest tak trudna. Człowiek wpada w tarapaty: wciąż uważa, że zachowuje się moralnie, nawet napomina bliskich, uzurpuje sobie miano autorytetu - a już przekroczył granicę, choć sam tego nie zauważył.Mam nadzieję, że w „Egzaminie” opowiadam o bohaterze, który sobie właśnie z tego zdaje sprawę. Ma nadzieję, że pozornie niemożliwe jest jednak wykonalne: chce wziąć całą winę za przeszłe błędy na siebie, tak aby jego dziecko nie wpadło w te układy wiecznych zobowiązań i wzajemnych przysług. Bo to labirynt, który zniewala na zawsze.

Czy można by zaryzykować stwierdzenie, że i pan, jako odnoszący sukcesy filmowiec, musiał się stać częścią pewnego systemu przysług?
 Po zdobyciu Złotej Palmy oczekiwano ode mnie zajęcia stanowiska, zabrania głosu. Wykorzystałem tę okazję, naświetlając nawet najmniejsze wypadki korupcji, jakie miały miejsce w rumuńskim kinie.

Dlatego odkąd pamiętam, byłem nadmiernie ostrożny, bo nie chciałem zdyskredytować swoich słów nieostrożnym działaniem. Jednocześnie nie wierzę, że można dobrnąć do pięćdziesiątki i pozostać czystym jak łza. To nie musi być coś wielkiego, ale zawsze w końcu prosimy kogoś o jakąś przysługę. Wszystko zależy od tego, jaki rodzaj przysług się oferuje i przyjmuje. Trzeba wyznaczyć granice - bo nawet milcząca akceptacja niewłaściwych zachowań wokół nas jest już formą kompromisu. Nigdy nie wolno zgadzać się na nic, co jest wątpliwe, niezgodne z zasadami. Mam nadzieję, że nie poprosiłem o zbyt wiele w swoim filmowym życiu.

Gdy jesteśmy bardzo młodzi, często boimy się dojrzałości. Z perspektywy czasu zwykle okazuje się, że to najlepsze, co nas spotkało. Panu podoba się, jak dojrzał pan i dorósł jako reżyser?

- A dojrzałem? Nie jestem pewny (śmiech)... Wciąż robię to samo, nieustannie myślę o związkach kina z życiem, ale dziś to już tak się nie wyróżnia stylistycznie. Ludzie przestali myśleć o długości moich ujęć, zabiegi estetyczne stały się naturalne w odbiorze. W przypadku „Egzaminu” zdobyłem się na odwagę, by mówić o osobistych tematach, drobnych szczególikach, bez uciekania się do efekciarstwa, wyraźnej, szokującej strategii wizualnej. Ale czy to jest rozwój, czy tylko zmiana? Zawsze gdy zaczynam nowy projekt, sprawdzam, co aktualnie myślę o kinie. Mam wiele wątpliwości, zdarzają mi się chwile, w których sądzę, że nic nie wiem o filmie i powinienem się zajmować czymś innym. Jeszcze dzień przed premierą tego filmu też miałem takie wrażenie.

Pokazy „Egzaminu”: 26.07 o godz. 15:45; 28.07 o godz. 21:45 i 30.07 o godz. 09:45.

Master Class: 26.07 godz. 19. w Kinie Nowe Horyzonty (ul. Kazimierza Wielkiego 19a-21) we Wrocławiu. Bilety: 22 zł

czytaj także

zobacz także