Ewa Szabłowska: Codzienność w filmie nieco mniej przyziemna. [ROZMOWA T-Mobile Nowe Horyzonty]

Marta Bałaga 21-07-2016

Filmy do konkursu o sztuce wybierałam cały rok, dopiero dużo później uzmysłowiłam sobie, że zgrabnie ułożyły się w jeden temat. Codzienność może być materiałem na sztukę - mówi Ewa Szabłowska, kuratorka sekcji Konkurs Filmów o Sztuce

Marta Bałaga: W tym roku Konkurs Filmów o Sztuce wydaje się znacznie bardziej niż zwykle nastawiony na życie codzienne. To świadomy wybór?

Ewa Szabłowska: Nie było to zamierzone. Filmy do konkursu o sztuce wybierałam cały rok, dopiero dużo później uzmysłowiłam sobie, że zgrabnie ułożyły się w jeden temat. Na przykład „Bardzo romantycznie” Melissy Dullius i Gustava Jahna i „Hot Sugar i jego zimny świat” Adama Bhala Lougha pokazują, jak codzienność może być materiałem na sztukę. I jak artyści dodatkowo to życie codzienne „podkręcają”, by było nieco mniej nudne i przyziemne. Oraz że dzięki uruchomieniu wyobraźni i otworzeniu uszu i oczu bardzo łatwo wskoczyć na inny poziom odbierania najbardziej zwykłych wydarzeń. To bardzo inspirujące, bo pokazuje, że prowadząc zwykłe życie w normalnych warunkach, można mieć odlotowe życie duchowe i emocjonalne. O czym łatwo się zapomina w nieustannym biegu konsumpcyjnego społeczeństwa.

Te oba światy łączy w sobie „Niebo drży, ziemia boi się, a oczy nie są braćmi” Bena Riversa.

– To film-hybryda, w którym oglądamy, jak hiszpański reżyser Oliver Laxe kręci swój film „Mimosas”; który, nawiasem mówiąc, znalazł się też w tegorocznym Konkursie Głównym. Widzimy, jak trudno jest zrobić film w Maroku, bo różnice językowe i kulturowe się kumulują. Ale nagle okazuje się, że zamiast opowieści o artyście w kryzysie oglądamy adaptację noweli Paula Bowlesa „Odległy epizod”. I drugą część filmu stanowi już czysta fabuła. Połączenie tych dwóch rzeczy, realistycznego zapisu oraz fikcji, tworzy bardzo ciekawy efekt. Nie wspominając już o tym, że sam film jest wyjątkowo pięknie sfilmowany.

Twórcy coraz chętniej bawią się chyba teraz formą.

– Igranie z formą i przełamywanie utartych schematów od zawsze towarzyszą awangardzie, również tej filmowej, którą lubimy określać mianem kina nowohoryzontowego. Od kilku lat mamy atak filmów hybrydowych. Tę tendencję widać nie tylko na naszym festiwalu. Po fascynacji formą dokumentalną fikcja znów wraca do łask. We wspomnianym już „Bardzo romantycznie” codzienność staje się snem, a realizm – surrealizmem. Ale to tylko jedna z wielu możliwych form pokazywania życia artystycznego. W konkursie o sztuce mamy też „W Kalifornii”, który jest rodzajem filmowego dziennika, oraz „Fatałaszkument” – prowadzoną codziennie przez 11 lat przez nowojorską artystkę K8 Hardy dokumentację jej ubrań i stylizacji. Na pewno kiedyś stanie się kultowym świadectwem mody początku XXI wieku.

Wydaje się Pani, że to pozytywna zmiana? Że zamiast zdawać się na narrację kogoś z zewnątrz, artyści mogą teraz sami kontrolować to, jak się o nich opowiada?

– Oczywiście uważam, że to super móc opowiadać o sobie własnym głosem. Mieć możliwość pokazania się tak, jak widzę się sama, a nie jak widzą mnie inni. Z drugiej strony możemy zastanowić się, czy wysyp filmów autotematycznych jest znakiem czasu: współczesnego egocentryzmu i narcyzmu, które nakręcają dodatkowo media społecznościowe. Wielu socjologów zwraca na to uwagę, i ciekawa jestem, czy to ciągłe filmowanie siebie jest tego symptomem.

Czy dodatkowe informacje na temat dzieł, które można znaleźć też w prezentowanych filmach, nie zwalniają jednak widzów z intelektualnego wysiłku?

– Gdy oglądamy gotową pracę w muzeum, kinie albo słuchamy muzyki, dostajemy utwór, który nie zawsze jest dla widza przezroczysty. Żeby go zrozumieć, musimy się wczytać w karteczki z wyjaśnieniem przyklejone obok do ściany. Podobnie jest z filmami o sztuce, które pokazują proces twórczy. Ukazują, jak artyści tworzą swoje prace, jak podejmują decyzje, co ich inspiruje. I jak te bodźce z zewnątrz są przetwarzane na język sztuki, filmu czy muzyki. Oczywiście jakaś część tajemnicy umyka, ale przecież znając kontekst powstania dzieła sztuki, nadal możemy zbudować swoją własną interpretację. A nawet będzie ona pełniejsza, mniej powierzchowna. Na szczęście mamy wybór, czy pozostać widzem naiwnym, czy ciekawskim, który chce wiedzieć wszystko.

 

 

czytaj także

zobacz także