„Cmentarz wspaniałości". Podróż do krainy dzieciństwa [RECENZJA]

Urszula Lipińska 20-07-2016

Jeden z filmów otwarcia 16. T-Mobile Nowe Horyzonty zamyka pewien rozdział w twórczości Apichatponga Weerasethakula. „Cmentarz wspaniałości” to prawdopodobnie ostatni film nakręcony przez reżysera w ojczystej Tajlandii.

W filmie Weerasethakul po raz kolejny udaje się w podróż do krainy własnego dzieciństwa. Akcja rozgrywa się w rodzinnej wiosce reżysera i dzieje się głównie w szpitalu, przestrzeni, w której twórca spędził większość swoich szczenięcych lat. Nie jest to jednak wspomnienie sentymentalne. Wręcz przeciwnie. Przeplatają się w nim dramaty osobiste i polityczne – duchy przeszłości krążą między żywymi i prześladują ich w snach.

Wszystko rozgrywa się głównie w oddalonym od cywilizacji szpitalu pośrodku dżungli, gdzie pogrążeni w sennej chorobie żołnierze bezskutecznie kurują swoje wojenne traumy. Czuwa nad nimi Jenjira, doświadczona przez życie kobieta, szczególną opieką otaczająca żołnierza o imieniu Itt. To ona czasami podłącza chorych do specjalnych neonowych maszyn, żeby przepędzić z ich głów niepokojące koszmary.

Weerasethakul po raz kolejny zaprasza widzów do świata magii i tajemnicy.

Granice między życiem a śmiercią, snem a jawą, duchami a ludźmi, przeszłością a teraźniejszością zacierają się, budując jednocześnie metaforyczną wizję społeczeństwa doświadczonego przez tragiczną historię. Stale pojawiające się u tajskiego twórcy tematy – pamięć, czas, śmierć, trauma – ponownie splatają się w osobistą wypowiedź toczoną w specyficznym, pełnym zadumy rytmie. Weerasethakul próbuje w ten sposób oswoić dramat, poszukać ukojenia i osiągnąć spokój, ale „Cmentarz wspaniałości” pokazuje mozolność całego procesu. Spod ziemi wciąż wypływają nowe demony, nad którymi nikt nie potrafi zapanować, niepokoje się nasilają, osaczają zmorzonych snem żołnierzy – i trwają. Trwają długie minuty, godziny, dni, tygodnie, lata. 

21 lipca, godz. 20

czytaj także

zobacz także