Monika Brodka burzy i buduje. Rozmawiamy o pracy nad albumem "Clashes"

ŁUKASZ KAMIŃSKI 10-08-2016

Trzeba mieć odwagę, by zniknąć ze sceny w szczycie popularności. Trzeba mieć talent i siłę, by po kilku latach powrócić do innej rzeczywistości z nową płytą. Brodkę można zobaczyć podczas Trasy Męskie Granie 2016.

Od czasu jej ostatniej płyty „Granda” minęło sześć lat. Po drodze była jeszcze świetna epka „Lax” z chwytliwymi przebojami „Dancing Shoes” i „Varsovie”. Potem Monika wyjechała do Stanów, mieszkała w Nowym Jorku, podróżowała, występując sporadycznie na takich festiwalach, jak nowojorski CMJ czy teksaski South By Southwest. I w końcu znów weszła do studia. Nową płytę nagrała w Los Angeles pod czujnym uchem i okiem cenionego producenta, laureata Grammy Noah Georgesona.

„Clashes” to płyta zupełnie inna niż poprzednie nagrania Brodki. Misternie utkana z melodii i emocji, otulająca feerią i barwą dźwięków. To album, z braku lepszego określenia, niesłychanie ambitny i intymny.

Rozmowa z Moniką Brodką
Łukasz Kamiński: W twoich opowieściach o „Clashes” przewijają się takie postacie, jak Devendra Banhart, Kim Gordon, Vincent Gallo. Jak blisko ci do nich?

Monika Brodka: Trudno mi mówić, że jest mi blisko do Kim Gordon. Nie jestem z nią w jednej lidze. Jest mi bliski natomiast ten rodzaj artystycznej wolności. Moja muzyczna kariera przyszła szybko i w dość niezaplanowany sposób, przez to miałam poczucie, że to wszystko, co mnie spotkało, to szczęśliwy zbieg okoliczności, za którym jednak kryje się jakiś sens, znaczenie. W swoich wyborach zawsze kierowałam się intuicją, której ufałam, i doprowadziła mnie ona do tego momentu, w którym teraz jestem.

Co kryło się więc za tym zbiegiem okoliczności?

- Odnalezienie siebie w tej mojej karierze zajęło mi dość dużo czasu. Nie chciałam być tylko wokalistką, nie chciałam tylko regularnie nagrywać płyt, które byłyby grane w komercyjnych rozgłośniach.

Artystka we mnie narodziła się dopiero po pewnym czasie.

Jaki jest twój miernik sukcesu?

- On się zmienia, choćby przez to, że moją pozycję za granicą muszę budować od podstaw. „Clashes” to moja czwarta płyta w Polsce, ale właściwie debiut na zagranicznych rynkach. Nie potrafię powiedzieć, jaki jej odbiór będzie sukcesem. Na razie widzę, że wzbudza zainteresowanie, ale też i dzieli ludzi, co jest bardzo ciekawe.

Ale ty wiesz, jak funkcjonuje zachodni rynek, scena muzyczna.

- Nagrywając „Clashes”, nie analizowałam tamtego rynku, nie kalkulowałam. A moje koncertowe rozeznanie tamtejszej sceny nie przełożyło się na tworzoną przeze mnie muzykę. Nagrałam album, który nie do końca pasuje do showcase'owych, czyli szybkich, półgodzinnych koncertów na festiwalach. Niełatwo go zagrać w czteroosobowym składzie. Poza tym ja tak naprawdę dopiero uczę się tamtej rzeczywistości, gazet, blogów.

Mieszkałaś w Nowym Jorku. Jak wypadła konfrontacja wyobrażeń o tym miejscu z rzeczywistością?

- Pierwszy raz do Nowego Jorku pojechałam w 2012 roku. Byłam tam kilka dni, i to zimą, czyli w najgorszym okresie, jaki można wyobrazić sobie na pobyt w tym mieście. Mimo to Nowy Jork skradł mi serce. Byłam zaciekawiona, zaintrygowana, wiedziałam, że muszę tam wrócić. Obiecałam sobie, że gdy tylko będę miała możliwość pomieszkać tam dłużej, to tak zrobię.

Płytę jednak nagrywałaś w Los Angeles.

- To dwa różne światy. W Nowym Jorku masz wrażenie, że ludzie z klapkami na oczach pędzą, mając przed sobą jakiś cel. Niezależnie od tego, czy przechadzają się sami, słuchając muzyki, czy idą z kimś. Są trochę wyłączeni z otaczającego ich świata. W Los Angeles często ktoś ci się przygląda, próbuje rozszyfrować, kim jesteś, czym się zajmujesz, czy nie jesteś przypadkiem kimś znanym. Ale przy wszystkich swoich różnicach i Nowy Jork, i Los Angeles są miastami samotnych ludzi. Trudno nawiązać bliższe relacje.

A ty czułaś się tam samotnie?

- Ja nie należę do osób, u których samotność wywołuje spokój. Czułam raczej smutek.

Podczas pobytu w Nowym Jorku doświadczyłam dużej samotności. Ale to dzięki niej narodziły się pierwsze kompozycje na „Clashes”.

Mój dzień wyglądał tak, że wstawałam rano, wybierałam się na wędrówkę po mieście, po galeriach, muzeach, koncertach. Wieczorem, zmęczona, wracałam do domu. Ale było zbyt wcześnie na sen. W te długie godziny spędzane w domu zaczęła się wkradać nuda. Chwytałam więc gitarę i nagrywałam przymiarki, pomysły muzyczne na telefon. „Clashes” zrodziła się więc w jakiś sposób z samotności, z czasu spędzonego z samą z sobą.

Skoro ta płyta zrodziła się z samotności, smutku, lęku, to ile będziesz musiała siebie poświęcić, by nagrać kolejny album?

- Mam wrażenie, że często trzeba coś zburzyć, by móc coś zbudować.

Rzeczy do niszczenia nie są niewyczerpane.

- Nie potrafię pisać piosenek na zamówienie. By nagrywać, muszę mieć coś do powiedzenia i opowiedzenia. Mój wyjazd do Stanów wynikał też z tego, że chciałam się zresetować i nie myśleć o presji, jaką ludzie i ja sama często na siebie nakładałam. Jak zwolniłam tempo, to piosenki zaczęły pojawiać się same.

Skoro straciłaś, to musiałaś też coś zyskać, pracując nad nową płytą.

- Bardzo mnie ta praca wzbogaciła. Przekonałam się, że potrafię tworzyć sama, i to dawało mi ogromną satysfakcję. I to na tyle mocną, że na pewno nad nową płytą zacznę pracować wcześniej niż za sześć lat!

Producent twojej płyty Noah Georgeson, choć wiedział, oczywiście, kim jesteś, nie miał tego całego bagażu informacyjnego o tobie. Jak to wpłynęło na pracę z nim?

- Czasem czułam, że muszę mu zaimponować i wykazać się profesjonalizmem. I to w sytuacji, kiedy bałam się pracy z nową osobą, której nie znam i nie mam czasu, by ją poznać.

Bałaś się, że Georgeson nie zrozumie twoich pomysłów?

- Nie. Była to nowa dla mnie sytuacja, gdzie wyrwana byłam z mojej strefy bezpieczeństwa, jaką jest praca w Polsce. Miałam nagrywać z nową osobą i z muzykami, których nie znałam. Czasu było niewiele, a studio kosztowało sporo pieniędzy. Czułam, że muszę znać odpowiedź na każde pytanie. A ja potrzebuję czasu, potrzebuję przejść przez pewne sytuacje, żeby zrozumieć, że podążam dobrą drogą bądź że powinnam zawrócić, cofnąć się. Ale Noah, jak na dobrego producenta przystało, to również niezły psycholog, który potrafi wyczuć intencje muzyka, otoczyć opieką, zachować spokój w stresujących sytuacjach. Potrafił ugasić mój temperament, zniecierpliwienie. Bardzo mocno też pielęgnował we mnie to, że „Clashes” to moja płyta. Sam nigdy nie unosił się ambicją.

Jaka jest najważniejsza lekcja, którą wyniosłaś z pobytu w Stanach?

- Jest ich kilka. Na poziomie zawodowym to była ciekawa lekcja muzyki, nauka nagrywania, produkcji w studiu. Bardzo rozwinęłam się od momentu pierwszych kompozycji. Myśl, że z czymś sobie nie poradzę, spowodowała dużo większą pewność siebie.

Polska, którą opuszczałaś, i ta, którą zastałaś, to dwa różne miejsca. Dla jednych zmieniła się na lepsze, dla innych na gorsze. Jak ty się tu odnajdujesz?
- Cała kultura mediów społecznościowych sprawiła, że ludzie nabrali łatwości w szybkim ocenianiu innych. I to nie tylko tych ze świecznika. Ludzie oceniają i oczekują oceny. Jest więcej nienawiści.

A jeśli nie otrzymają jej szybko, czują się zagubieni, niepewni, ale to nie jest tylko zjawisko polskie. Z pozytywnych rzeczy, to polska scena muzyczna jest bardzo ciekawa, rozwija się. Jest dużo bardzo dobrych artystów środka. Zawieszonych między popem a alternatywą. Występujących na coraz liczniejszych festiwalach. Pojawiło się całe nowe pole do zagospodarowania i młodzi muzycy to dostrzegli.

Niesłychanie ważna jest dla ciebie nie tylko sama muzyka, ale też moda, wygląd okładek, sceniczny styl.

- Od lat wchłaniam kulturę, interesuję się modą. Świadomie posługuję się obrazem, ale cały czas też jestem głodna nowości. Chcę przekraczać granice, w sobie samej, w muzyce, którą nagrywam. Przed chwilą wyreżyserowałam swój pierwszy teledysk. I bardzo mi się to spodobało. Przekroczyłam kolejną barierę.

Czyli jesteś spokojna?

- Nie! Wręcz przeciwnie, nigdy nie jestem spokojna. Ale potrzeba działania jest silniejsza niż strach. Najważniejszy jest rozwój.

 

czytaj także

zobacz także