Donald Trump. Chciwy i napalony gówniarz, który siedzi w każdym z nas

Maciej Jarkowiec 21-01-2017

Nowy prezydent Donald Trump nie owija w bawełnę i chciwość wynosi do rangi najwyższej cnoty. Jest idealnym przywódcą nie tylko Ameryki, ale też całej współczesności.

Donald Trump przed rokiem w Iowa: „Coś wam powiem. Jestem w tym dobry, w zagarnianiu pieniędzy. Lubię pieniądze. Jestem bardzo chciwy. Bardzo. Zawsze taki byłem. Kocham pieniądze. I wiecie co? Chcę być chciwy dla Ameryki. Bardzo chciwy. Zagarnę dla nas wszystko”.

Miesiąc później Donald Trump w Nevadzie: „Jesteśmy chciwi. Teraz będziemy chciwi dla Stanów Zjednoczonych. Będziemy brać, brać i brać. Pieniądze, wszystko. Ameryka znów będzie wspaniała”.

I znów w Iowa: „Całe życie byłem chciwy, chciwy, chciwy. Zdobyłem tyle pieniędzy, ile tylko mogłem. Teraz będę chciwy dla was. Dla nas”.

W 1979 roku dziennikarz Phil Donahue w swoim programie gości Miltona Friedmana, noblistę, lidera chicagowskiej szkoły ekonomistów, który za chwilę zacznie doradzać Ronaldowi Reaganowi i Margaret Thatcher, a później zostanie nazwany ojcem neoliberalizmu. „Kiedy widzi pan nierówności na całej planecie, nędzę milionów ludzi, tak wielu biednych i tak niewielu bogatych, ich chciwość i władzę, nie miewa pan wątpliwości co do kapitalizmu?” – pyta.

Milton Friedman - prawdziwy wyznawca wolnego rynku. Wielcy ekonomiści XX wieku cz. 3

Friedman odpowiada: „Czy zna pan jakieś społeczeństwo, którego paliwem nie jest chciwość? Myśli pan, że w Rosji nie rządzi chciwość? W Chinach nie rządzi chciwość? Czym jest chciwość? Oczywiście nikt z nas nie jest chciwy, tylko ci inni ludzie” są chciwi. Świat rozwija się dzięki „jednostkom napędzanym potrzebą zysku”.

W czerwcu w telewizji NBC dwóch religijnych liderów spiera się o Donalda Trumpa. Michael Farris, jeden z ojców ruchu chrześcijańskiej prawicy, mówi, że kandydat nie kieruje się Biblią. „Jego światopoglądem jest chciwość, a Bogiem nieposkromiony apetyt”. Pastor Darrell Scott, szef organizacji wspierającej Trumpa, ripostuje: „Żyjemy w kapitalistycznym społeczeństwie. To jest makrokosmos napędzany chciwością, wszyscy jesteśmy jego częścią. Taką mamy kulturę”.

Chciwość była, jest i będzie. Geniusz Friedmana – prywatnie skromnego człowieka – polegał na tym, że tę odwieczną prawdę zaprzągł do swoich teorii, a potem przekonał możnych tego świata, że ekonomia – jego ekonomia – jest nauką ścisłą i powinni ściśle przestrzegać jej reguł.

Dlaczego ekonomia straciła duszę

Chciwość: polityczne credo Donalda Trumpa

Geniusz Donalda Trumpa – prywatnie narcyza i chciwca – bierze się z tego, że chyba jako pierwszy polityk w dziejach świata nie owija w bawełnę i chciwość wynosi do rangi najwyższej cnoty. Czyni z niej swoje polityczne i gospodarcze credo.

Administracja Donalda Trumpa jest ekipą bogaczy wartą łącznie prawie 8 mld dol. To absolutny rekord, spełnienie snu wszystkich neoliberałów – imperium będą rządzić zaprawieni w bojach biznesmeni. – Chcę ludzi, którzy zbili fortunę! – wołał Donald Trump na jednym z wieców w grudniu. Jego własny majątek szacowany jest na 3,7 mld. Drugi w kolejności jest Wilbur Ross (2,5 mld), który pokieruje Departamentem Handlu. Dorobił się w branży bankructw. Przez ponad ćwierć wieku za drobniaki kupował firmy w tarapatach, przeprowadzał procedurę upadłości i odsprzedawał nowe podmioty z dużym zyskiem. Wniosek o bankructwo umożliwia m.in. redukcję planów emerytalnych, pensji, zatrudnienia i innych kosztów bez oglądania się na związki zawodowe. Z kilku lub kilkunastu odchudzonych do kości firm tworzy się nową. Ross przeprowadził takie operacje w największych branżach – stalowej, tekstylnej, węglowej. Dziś, w poprzemysłowym krajobrazie Ameryki, nie ma już takich kąsków. – Coraz trudniej wypatrzyć dobry interes, nawet jak się szuka na dnie śmietnika – powiedział Bloombergowi kilka miesięcy temu.

Donald Trump na inaugurację: "America First". Najważniejsze tezy przemówienia

Zmierzch Ameryki? Bez żartów. Trump staje na czele największej potęgi gospodarczej świata

Nowa sekretarz edukacji Betsy DeVos może się pochwalić majątkiem wartym 1,25 mld. Jest synową twórcy Amwaya, córką magnata z branży części samochodowych i siostrą założyciela cieszącej się złą sławą firmy paramilitarnej Blackwater wynajętej przez rząd na wojny w Iraku i Afganistanie. Jest też blisko związana z braćmi Koch, od dekad sponsorującymi najbardziej wolnorynkowych polityków i think tanki. Zapowiada częściową prywatyzację szkół publicznych.

Andy Puzder – Departament Pracy – ma 45 mln, to prezes CKE Restaurants, giganta będącego właścicielem kilku sieci fast foodów, sprzeciwia się podwyższaniu płacy minimalnej.

Steven Mnuchin (majątek 300 mln) będzie sekretarzem skarbu. Był partnerem w Goldman Sachs, banku, który ponosi największą odpowiedzialność za napompowanie bańki na rynku kredytów hipotecznych w ubiegłej dekadzie. Prezes Goldmana Gary Cohn pokieruje Narodową Radą Ekonomiczną odpowiadającą za kształtowanie polityki gospodarczej. Jay Clayton, prawnik w Sullivan & Cromwell, kancelarii reprezentującej Goldmana i inne giganty finansowe, dostaje komisję papierów wartościowych, ciało mające strzec praworządności na giełdzie.

Wszyscy ludzie prezydenta Trumpa

Realpolitik szefa Departament Stanu Donalda Trumpa

Największe emocje ze względu na swoje bliskie stosunki z Rosją budzi Rex Tillerson , szef ExxonMobil, najbardziej dochodowej korporacji na planecie. Ma objąć Departament Stanu.

Wartość giełdowa korporacji ExxonMobil z siedzibą w Irving w Teksasie to 400 mld dol. Jej model biznesowy jest prosty – wierci dziury w ziemi na całej planecie i utrzymuje dochodowość gazowych i naftowych szybów przez co najmniej 40 lat. W książce „Prywatne imperium” Steve Coll pokazuje, że firma działa ponad państwem i prowadzi własną politykę zagraniczną.

Poprzednik Tillersona Lee Raymond, pytany, czy otworzy więcej rafinerii, żeby pomóc zwalczyć niedobory paliwowe, stwierdził: – Nie jestem firmą amerykańską i nie podejmuję decyzji na podstawie tego, co jest dobre dla USA.

W 2004 r., kiedy George W. Bush prowadził zimną wojnę z Wenezuelą, Exxon dogadał kontrakt z prezydentem Hugo Chávezem. W Czadzie i Nigerii, wbrew rekomendacjom rządu, firma wchodziła w bliskie związki z armią i służbami specjalnymi, żeby zapewnić bezpieczeństwo swoim operacjom.

W 2011 r. Exxon podpisał umowę z autonomicznym rządem Kurdów w północnym Iraku. Gdy Obama próbował zablokować deal, obawiając się, że zaogni on sytuację w regionie, Tillerson uciął krótko: – Robię to, co najlepsze dla moich akcjonariuszy.

Donald Trump nominuje, w Moskwie euforia

Największym osiągnięciem Tillersona jest układ z rosyjskim Rosnieftem. Giganty podzieliły wydobywcze terytoria i zyski w Zatoce Meksykańskiej, na Alasce, na Syberii i w Arktyce. W 2013 r. Władimir Putin osobiście przypiął do piersi prezesa medal Przyjaciel Rosji. Rok później świder na arktycznym Złożu Uniwersyteckim trafił na ropę. Było to pierwsze naftowe znalezisko w rosyjskiej Arktyce. Mimo sankcji zabraniających zachodnim firmom dostarczania Rosjanom zaawansowanej technologii wydobywczej ExxonMobil brał udział w odwiercie. Tillerson wykorzystał to, że zapisy mówiły o sprzęcie, a nie wspominały o usługach. Utrzymywał, że dostarcza partnerom jedynie ekspertyzy. Należąca do norweskiej firmy zarejestrowanej na Bermudach platforma West Alpha, której ExxonMobil jest operatorem, została formalnie odnajęta Rosnieftowi dzień przed wejściem w życie sankcji. Gdy urzędnicy w Brukseli i Waszyngtonie łatali lukę, Exxon wiercił dalej. Gdy spod świdra wybiła ropa, na platformie obok Rosjan stali Amerykanie, a Putin komplementował, że Exxon to „stary i niezawodny partner”.

To, co Tillerson nazywa „dbaniem o interes akcjonariuszy”, w dyplomacji nazywa się Realpolitik. Chodzi z grubsza o to samo – wartością nadrzędną jest nasz interes mierzony gotówką, ceną akcji, dostępem do surowców, do rynków zbytu lub uzyskaniem geopolitycznej przewagi. Ideały i etyka nie mogą nam przeszkadzać.

Największy guru Realpolitik Henry Kissinger, trzymając się jej reguł, doprowadził do ustanowienia stosunków między USA i Chinami, ale też do morderczych czystek w Chile i Indonezji czy nalotów na cele cywilne w Wietnamie, Kambodży i Laosie. Jest autorem słynnego rozkazu, który przekazał amerykańskiemu dowództwu w Kambodży: „Uderzamy wszystkim, co lata, we wszystko, co się rusza”. Teraz został człowiekiem Trumpa i radzi mu uznać zwierzchność Rosji nad Krymem. W tym samym czasie przesłuchiwany przed senacką komisją Tillerson mówi, że sankcje będą podlegać rewizji. Unika odpowiedzi pytany o zbrodnie wojenne z udziałem Rosjan w Syrii i o przeciwników politycznych likwidowanych przez Kreml. A jego szef w pierwszym wywiadzie dla europejskich gazet zapowiada, że „poszuka interesu z Rosją”, Brexit nazywa „czymś wspaniałym”, Unię Europejską „niemieckim narzędziem do handlowej konkurencji z USA”, a NATO uznaje za „przestarzałe”.

System tak zwanych „transatlantyckich wartości” przestaje istnieć. Zostają tylko interesy. W świecie rządzonym według takich reguł Polska stoi na straconej pozycji. Wszystkim Trumpom, Tillersonom i Kissingerom nie mamy wiele do zaoferowania.

Kissinger frywolny motyl Realpolitik

Donald Trump. Złote dziecko swoich czasów

Donald Trump jest królem interesów, tak mu się przynajmniej wydaje.

W 1987 r. publikuje książkę, która jego sławę przenosi ze świata tabloidów na salony największych autorytetów i gwiazd biznesu. „The Art of the Deal”, zgodnie z tytułem, opowiada o tym, jak Donald Trump z dobijania targu uczynił sztukę.

Naucza: „Mierzę bardzo wysoko, a potem cisnę, cisnę i cisnę, aż dopnę swego. Nieraz dostanę nieco mniej, niż założyłem, ale najczęściej wygrywam wszystko”.

„Najgorsze, co możesz zrobić, to pokazać, że ci bardzo zależy. Gość z drugiej strony poczuje krew. Jesteś martwy”.

„Gram na ludzkich fantazjach. Nie wszyscy mają odwagę zawalczyć o wielką stawkę, ale zawsze imponuje im ktoś, kto to potrafi. Dlatego nieraz potrzebna jest przesada. Ludzie chcą wierzyć, że coś jest największe, najwspanialsze i najbardziej spektakularne”.

Daje przykłady interesów, których dobił z inwestorami w Atlantic City, okłamując ich, że jego kasyno jest niemal gotowe do otwarcia, kiedy w rzeczywistości dopiero kopano dół pod fundamenty.

Jest złotym dzieckiem swoich czasów. Jego ojciec, nowojorski deweloper, powtarzał mu w nieskończoność: „Bądź kilerem, będziesz królem”. Donald skrzydła rozwinął w latach 80., w erze Reagana, który w kilerów zapragnął zamienić wszystkich obywateli. Prezydent porwał Amerykanów wizją niespętanego żadnymi ograniczeniami indywidualizmu. Forsował gospodarczy pakiet, którego częścią była m.in. głęboka deregulacja sektora finansowego. Zdemontował postawioną w czasach Roosevelta barierę między bankami komercyjnymi, które zarządzają depozytami objętymi gwarancjami państwa, a bankami inwestycyjnymi, jak Goldman Sachs. Szybko rozmnożyły się coraz bardziej ryzykowne instrumenty inwestycyjne. W 1986 roku brytyjska ekonomistka Susan Strange w książce „Casino Capitalism” napisze: „Zachodni system finansowy w szybkim tempie zaczyna upodabniać się do ogromnego kasyna”.

„The Art of the Deal” Trumpa o kilka miesięcy wyprzedza premierę filmu „Wall Street” Olivera Stone’a, w którym kreowany przez Michaela Douglasa rekin giełdy Gordon Gekko w trzech słowach dokonuje streszczenia tamtej dekady: „Chciwość jest dobra”.

W kolejnym dziesięcioleciu Bill Clinton kontynuuje dzieło luzowania regulacji, a niejaki John Paulson otwiera fundusz hedgingowy, w którym wymyśli najsprytniejszy trik giełdowy w dziejach. Przekona bankierów, że można zarobić miliardy, sprzedając ludziom tanie kredyty mieszkaniowe, których nie mają szans spłacić, a następnie, grając na giełdzie na to, że nie spłacą. Nie spłacili i tysiącami poszli na bruk. Paulson i wielu mu podobnych zgarnęli miliardy. Gospodarka planety stanęła nad przepaścią.

Dwa lata przed pęknięciem bańki Trump nauczał studentów swojego uniwersytetu za pośrednictwem audiobooka „Jak zbudować fortunę”: „Mam nadzieję, że rynek nieruchomości się załamie, bo wtedy mogę zarobić. Jeśli masz dostęp do dużej gotówki, tak jak ja, wykorzystujesz krach i kupujesz jak opętany”.

Gdy Hillary Clinton przypomina te słowa w pierwszej debacie prezydenckiej, Trump odpala bez mrugnięcia: „Tak się robi interesy”.

W połowie lat 80. chwilową sławę w nowojorskich tabloidach zdobyła 70-letnia Vera Coking. Toczyła z Trumpem bój o działkę, na której stał jej rodzinny dom w Atlantic City. Milioner chciał go zburzyć i wylać dodatkowy parking dla limuzyn zajeżdżających pod jego nowe kasyno. Używał w tym celu prawa o wywłaszczeniu, tzw. eminent domain. Przepis daje władzom możliwość wysiedlenia mieszkańców, jeśli teren, na którym mieszkają, zostanie przeznaczony na społecznie pożyteczną inwestycję. Vera wygrała, ale w tysiącach innych przypadków w dziesiątkach miast przez ostatnie dekady „eminent domain” dawała grunt pod korupcję i karmiła chciwość inwestorów. Na przejętych terenach powstawały parkingi, stadiony, centra handlowe, biurowce, infrastruktura turystyczna.

W kampanii wielokrotnie wychodziły na jaw przypadki ludzi oszukanych przez Trumpa. Nie płacił podwykonawcom, zalegał z pensjami, wycofywał się z transakcji, narażając partnerów na milionowe straty. Dziennik „USA Today” dotarł do dokumentów z 60 procesów, które dzisiejszemu prezydentowi wytaczali ludzie i firmy: szklarze, producenci wykładzin, hydraulicy, agenci nieruchomości, kelnerzy, barmani, kancelarie prawnicze. Pytany o te kwestie zawsze odpowiadał, że działał w granicach prawa, robił interesy, ciął koszty. Broniący go w NBC pastor Darrell Scott orzekł: „Sprawy sądowe to część prowadzenia biznesu”.

Trump jest wprawnym graczem systemu, w którym oszustwo to część reguł. Biznesową Realpolitik uprawia się choćby przez utrzymywanie jak najniższych płac. Taktykę opracował i doskonalił koncern Walmart, największy prywatny pracodawca na planecie. „Niskie płace są jedną z kluczowych spraw, o które musimy walczyć, jeśli chcemy zwiększać zyski” – mówił jego twórca Sam Walton. Imperium budował, płacąc ludziom 50 centów za godzinę. Gdy Kongres uchwalił ustawę o płacy minimalnej na poziomie 1,15 dol., zwalniając z jej przestrzegania jedynie firmy przynoszące mniej niż 250 tys. dol. przychodów rocznie, Walton podzielił Walmart na małe spółki. Gdy sąd federalny orzekł, że oszukuje, i nakazał mu wypłatę wyrównania za wiele miesięcy, wypisał czeki, ale zagroził, że każdy, kto czek spienięży, wyleci z pracy.

Inny front wojny o zysk to podatki. Organizacja Citizens for Tax Justice wylicza, że amerykańskie korporacje, żeby uciec przed fiskusem, ukrywają na zagranicznych kontach 2,4 bln dol. Trump mówi w kampanii: „Oczywiście, że robię wszystko, żeby zapłacić jak najmniejsze podatki. Powtarzam to od zawsze. Nie mam zamiaru łożyć na ten niekompetentny rząd”. Gdy „New York Times” publikuje dokumenty pokazujące, że jego firmy przez lata dokonywały księgowych cudów, żeby nie oddać w podatkach ani grosza, Trump komentuje w czasie debaty z Clinton: „Po prostu jestem bystry”.

Każdy z nas chce być bystry. Zakombinować, żeby zapłacić jak najmniej. Trump uwodzi wyborców przesłaniem chciwości. Jak nikt przed nim rozumie, że oni też są chciwi, żyją w świecie, który promuje chciwość, i chcą w nim wygrać miejsce dla siebie. Nie proponuje żadnej wizji poza obietnicą bogactwa. Kolonizatorzy skrywali zbrodniczą chciwość pod zasłoną nawracania dzikich na Chrystusa. Hitlerowcy mordowali i zagarniali, ile mogli, prowadzeni misją panowania aryjskiej rasy. Trump trzyma się z dala od wszelkiej ideologii. Nie odnosi się do religii, do historii, do jakichkolwiek wartości. NATO jest do dupy tylko dlatego, że kraje członkowskie nie bulą do wspólnej kasy. Imigranci są do dupy, bo zabierają to, co nasze – pracę, kobiety, pieniądze. Chiny są do dupy, bo są cwańsze i dymają nas na grube miliony. Jak postawimy mur, to Meksyk za niego zapłaci. Jak wywołamy wojnę handlową, to Chiny za nią zapłacą. Jeśli Rosja dobrze zapłaci, olejemy NATO. I tak dalej. Trump nie chce nikogo mordować, nikogo nawracać, niczego podbijać. Całe jego życie to gromadzenie mamony. Mówi o tym otwarcie i zapowiada, że tak też będzie rządził Ameryką.

Jego biografia autorstwa Michaela D’Antonio nosi tytuł „Ciągle za mało”. Może on jednocześnie służyć za najbardziej lakoniczny i banalny opis ludzkiej kondycji i zachodniej kultury. W szczególności amerykańskiej. Nadmiar jest jednym z jej wyróżników. Manifestuje się we wszystkim – od rozmiaru kubków na colę po zużycie wody i energii na jednego mieszkańca.

D’Antonio: „Trump jest doskonale zaadaptowany do swoich czasów. Nie jest osobnym bytem, lecz jednym z nas. Tyle że w powiększonej skali”.

Carlos Lozada zastanawia się na łamach „Washington Post”, czy to Trump „trumpizuje Amerykę”, czy na odwrót – już jako dziecko, jak każdy inny Amerykanin, został skutecznie zamerykanizowany.

Trumpa nie pogrąża nawet taśma, na której chwali się, że „łapie kobiety za cipki”, bo mu wolno, bo jest gwiazdą. Używa na niej słowa „grab” (łapać, chwytać, zabierać), tego samego, którym w przemówieniach opisuje swój pomysł na Amerykę: „Będziemy brać, brać, brać” (grab, grab, grab). Łapanie za cipki jest spójne z przesłaniem chciwości. Wyborca wie, że tak jest i tak musi być. Sam chciałby być bogaty, być gwiazdą, zdobywać te wszystkie kobiety. Któż by nie chciał? Żona wyborcy też to wie i też głosuje na Trumpa.

W „Ciągle za mało” The Donald mówi: „Kiedy patrzę na siebie, gdy byłem w pierwszej klasie, i dziś, widzę tę samą osobę. Mój temperament się nie zmienił”.

Jest taki rysunek Marka Raczkowskiego: mama pyta Piotrusia, kim chce zostać, kiedy dorośnie. Piotruś odpowiada: „Gołą babą”.

Oto Donald Trump. Chciwy i napalony gówniarz, który siedzi w każdym z nas. Nie powinno dziwić to, że się pojawił, tylko to, że dopiero teraz.

zobacz także